będąc w parku
na drewnianej nie wygodnej dosyć ławce
w szumie porywistego wiatru który kołysał podobnymi mi postaciami
w słońcu co nie raniło
ale oślepiało
zjawiło się przy mnie czterech kolegów
każdego z nich znałem z dzieciństwa dzisiaj właściwie jesteśmy już
trochę starsi a więc i nasze stare przyjaźnie zanikły w różnych otchłaniach
czasu i każdy z nich pocieszony pogryziony przez młody wiek odznaczający
się albo pustką albo raniącą głębią
właściwie ich czterech sportowo ubranych braci charakteryzowała
ta pierwsza cecha mnie zaś druga
tych z trzeciej tych uśmiechniętych zarówno ja jak i oni nie
znałem
patrzyli się na mnie dziwnie
mam teraz długie włosy
rdzawą i gęstą brodę
w ogóle ubrany jestem inaczej
ciuchy nie wyprasowane
niewyspana twarz
inne poglądy
nie wiem co zaważyło
jeden z nich był katolikiem
pamiętam jak nie chciał wyjść z domu gdy była czterdziesta ósma
pielgrzymka papieża szóstego juniora
ten pierwszy był moim dobrym kumplem
kiedyś go znałem
- Co tu robisz. - Jeden z nich spytał.
- Nie wiem czy wiesz pierdolony brudasie, że to nasza ławeczka.
- Odrzekł drugi.
- Co jesteś taki wyłamany z przeciętności. - to trzeci, po czym
czwarty dodał.
- Długie kurwa włosy, pojebało cię, może potrzebujesz nauki.
- Nie chcę. - Odrzekłem w momencie patrzenia na ich białe frędzlowate
butki, kolorowe niczym tęcza, co spaja wszystkie ciała, aczkolwiek
ta metafora w stosunku do nich nie jest tu na miejscu.
- Ktoś kurwa pytał cię o zdanie. - To pierwszy, taki był męski.
Znałem go kiedyś, był taki święty, jeszcze przecież nie tak dawno widziałem
go w kościele. Przyjął do siebie Hesusa.
- Nie. - Odrzekłem mało uradowany.
- To spierdalaj stąd. - To drugi. Wiem, że to głupie, ale znałem
jego dziewczynę. Pisała wiersze.
- Kurwa spierdalaj stąd. Głuchy jesteś. Może to przez te włosy.
- Odrzekł mocnym tonem trzeci, dawny ministrant i miły chłopak. Wybaczcie,
ale brak tu wykrzykników. Po prostu w dziwnym byłem wtedy stanie.
- Nie. - Odrzekłem. Cicho, jakże by inaczej. Spojrzałem w górę
na niebo błękitne. Biała chmurka śmignęła mi w wyobraźni napiętej mocno
strachem uderzającym po innych również członkach, myślach, w ustach
tworząc nijakie słowa. Ujrzałem czołg. Chmura w kształcie czołgu.
- Co ty sobie kurwa myślisz długowłosy ćpunie, mutancie co w
trakcie pogody świetlistej psuje nam szpan. To kurwa nasza jest ławka
i żadna siła nam jej nie odbierze. - Czwarty miał piątkę z polskiego.
Był wygadany.
- Jezus też miał długie włosy. - Odrzekłem patrząc gdzieś na
bok. Tam w oddali ujrzałem parkę tulącą się w swoje ciała. Pomyślałem
sobie jakże to pięknie jest kochać. Mam właściwie dwadzieścia dwa lata,
ale jeszcze nigdy tak naprawdę nie kochałem. Może to jest takie proste,
mówią o tym głośno i szczerze a w słowach ich miłość brzmi bardzo łagodnie.
Dlaczego owej miłości, więc się boję? Może gdybym się zakochał ujrzałbym
w świetle dziennym odpowiedź. Taka melancholia naszła mnie w tak ciężkiej
próbie.
Im w oczy patrzeć mi nie kazano.
Obolałe miłą refleksją ciało odpychało to, co wokół było dziwniejsze
niż inne żale.
W chwale zagubiłem się myśląc, że jestem kimś. Wykrztusiłem z
siebie owe słowa, jakbym znał owego Hesusa, choć i tak we mnie tak
mało jest tych uczesanych gładko manier.
Ten to też czwarty uderzył mnie mocno.
Ten pierwszy z drugim zaczęli mnie kopać mocno.
Po brzuchu.
Mocno.
Wokół widziałem wiele różnych ciał podobnych mi dusz, którymi
targał w podobny sposób strach.
Zrozumiałem owe dusze. Pewnie tak samo bym postąpił. W podobnej
sytuacji odszedłbym na bok, uciekł wzrokiem, ciałem i duchem, starał
się myśleć o czymś innym. Rozumiem ich dusze.
Leżałem na plecach.
Obolały.
Ściśnięta mocno krtań.
Czwarty swym "nikiem" patrzył mi w oczy.
Tych trzech powyższych oddaliło się ode mnie. Pamiętam, że unieśli
do góry betonowy śmietnik i cicho zbliżyli się ku mojej postaci.
Pamiętam tylko trzask
Moja głowa.
Czułem się dziwnie.
Miałem okropny ból głowy.
- Ja ci kurwa dam Jezusa. - Odrzekł piąty, co z tyłu mnie wcześniej
stał.
Potem odeszli.
Podobno ich ciała widziano w kościele na mym pogrzebie.
Nie wiem.
Może tak miało być.
- Tak miało być. - Odrzekł stojący obok mnie Hesus. Było ich kilku.
Kilku jezusów. Myślałem, że jesteś tylko jeden.
- Właściwie jest nas trzynastu. - Odrzekł piąty Jezus. Pamiętam,
że spytałem się, dlaczego tak bardzo boli mnie głowa. Czy dostanę u
was APAPA.
- Nie. - Z dziwnym uśmieszkiem odrzekł czwarty. Nie wiedziałem
właściwie, co mam czynić. Trzymałem dłońmi moją czystą głowę i cierpiałem
mocno. Włosy upięte z tyłu różową gumką. Nie kontaktowałem za bardzo,
za bardzo nie czułem się elegancko i w ogóle moje stawy i ciało wcześniej
giętkie trwały w dziwnej stagnacji.
Spojrzałem na owego Jezusa, na tego pierwszego i zadałem mu pytanie...
Ale coś mną nagle wstrząsnęło. Ten Jezus do kogoś był podobny.
Ta twarz, ta poczciwa jej postura, te rysy jakby wymalowane na sztucznym
płótnie przez mało udanego artystę. Czy to jest niebo? Czy ja jestem...
- A co kurwa myślałeś. Myślałeś kurwa, że jesteś w niebie pieprzonym.
Udana wyobraźnia zawsze poczyni ci figla. Tak też stało się teraz.
- Ten czwarty, jakbym zaistniał w cichej retrospekcji. Ale inne szaty,
inna scenografia, inne obszary naszej tu bytności.
Po czym ten czwarty uderzył mnie mocno.
koniec
ps: Do nieba idą tylko ci co należą do owej trzeciej grupy.
(Słowo boże: Ksiądz arcybiskup Grzegorz Paterski. Dzień 23 grudnia
rok 1995. Wigilia.)
(Postać wymyślona.)
(Miałem wtedy piętnaście lat.)
amen