###
Połknąłem bakcyla
Rozpierzchłem się w pół drogi ale krótko mówiąc zawisłem nad sobą
Nad tą postacią pełną kłębów dymu nad zamgloną facjatą imitującą
człowieka
Nad sobą nad człowiekiem z krwi i kości nad jego umalowanymi ustami
i włosami rdzawo
twardymi
Patrzę
Jest to osoba podniebna co nad ziemią stopami tupocze o roślinne
trawy
Łamią się zboża a chleb w ustach twardą skorupką się obija
Połyka
Ten człowiek z chrustu i palących się smogów
Z wyciągu szerszenia z igły do ukąszenia ze smarów i olejów
Z łamiącą się kością
Widzę siebie z nieba spoglądam na opuszki martwych poruszających
się palców
Martwych gdyż nie czułych właściwie on nie wie gdzie ma wędrować
nie wiem gdzie iść
Palce u stóp więdną jak kwiaty na suchym słońcu bez kropli deszczówki
Bez picia źle się czuję on źle się czuje
Widzę
Postrzegając analizuję sobie
Gryzę wargę na czczo nie popijając w suchotach wilgoć nie zaistniała
tygodnie
Wokół jest jarzynowo i jabłka słodko kwaśne z trudem wyrywane przez
wątłe ciało
I zbyt suche by nimi się najeść
Połknąłem bakcyla bycia bogiem lecz z góry siebie widząc nie dostrzegam zbyt wiele
Zanadto się znudziłem
Bakcyl lekko wodnisty pozwoli przeżyć mi jeszcze kilka tygodni
A ty boże
Patrz
Koniec