###
Niczemu się nie winię Wstydzę To prawda
Nie z mej jednak winy upadłe są ptactwa
Kawałek mięcha wywinął się wokół powstając z uszka
Klinkiery udka łamiąc pokojowym krokiem a w kuchni stygnąc obiad
Po trochu jestem człowiekiem Matactwem Zgiełkiem
Co tylko chaos ostygnie na minie własnej ściskam zażartą torturę
Się gubię Nie gubię Się tworzę Rozmrożę Rozmnożę
To ostatnie zbyt butne
Pretensji mi dostatek Ile masz latek Wygląda wystarczająco
Tchnące rezultaty w periodyku słowa Gotowa Do rozmów na temat
krętactwa poruszonej skroni
A może brak ci czasu Z braku laku manewruję sobą z brzasku słonecznego
W pretensji tonę Obiecuję Nie stoczę się w przepaść Nie ułamię
palca Krwi
ubędzie kropla na piasku zaznaczając wylew twardy Umieram To
nie serce
Prędzej głowa
Sworznia na cytadeli załamała się w kampanii i własne ciałko
spuściła do nieba
Lecę Wiercę się Na trzy trzymam schematy by nie upuścić na dół
Tak potrzebne
Nie zwracając uwag na spontaniczne Mimiczne trwogi Delegaty Boga
Co go dość mam
Standardy trzymające przy życiu
Przyzwyczaiłem się do nich
Dwa kotły w piekle co obok stoją siebie
Jeden gorący drugi mrożony pepsi colą
Jeden stygnie drugi się rozgrzewa
Zabierzmy więc drzewa Nie mieszajmy jabłoni z gruszą
Duszą się