Bardziej już nie chciałem
Bardziej już nie wszechmoc
Wypowiedziałem tylko słówka
W swej grotesce cięliście krnąbrne
Ascetyczne elementarze dawniej istniejące
Przy cieknącej studzience w zamkniętym pokoju po czterech słowach
Przy zamkniętej widliczce pod obrazem drugiej starości w oknie
w zapachu strawy
Przy zaparowanej szybce lustrzanej nie przepuszczającej ludzkich
twarzy pod tym kranem
Przy kieliszku herbaty szybkim haustem nosowym wydechem przy
gorącej krtani w jej krzyku
Przy stłuczonej rurze w beztlenowej peruce przy Vilquista smętnej
muzyce wódce nieczystej
Przy zwietrzonym swetrze w zapachu marnej konfitury w plamach
z odzysku nie spłukanych
Przy frustracji bełkoczącej dziewczyny nie pamiętającej za czarnym
tapczanem w skrzelach
Przy tobie będąc nie pamiętając w jednym czasie pamiętnie odchodzącym
zastępcze runo
Przy twoim dotyku łoskoczącym moje prawe za kolanem w eleganckiej
bluzie przy świecy
Przy zapachach zawiniętych w malutkie paczuszki by wspomnienia
oddźwięk miały szerszy
Przy kolejnych ekstazach bardziej stworzonych dla mniej nadniebnych
w jedynym wzroku
Przy czwartej turze gdzie polifonia czarnego odbiornika zamykała
mnie w innej gromnicy
Przy piersi delikatnej bardzo białej nie mętnej w kiepskim nastroju
odmawiając namiętności
Przy telefonie w biurze numerów z zagraną zegarynką czas wyciszony
nie wiem kto kłamie
Przy krzykach tuż pod stołem gdzie obiad jeszcze ciepły parował
ku górze włączony wirnik
Przy miękkim łóżku bezbożnie w dalekim ideale gdzie wzorzec łamany
posklejał się w całość
Zamykam jedynie usta dotykam nimi twych ust choć zabrnąłem w powtórzeniu
Oddechem częstuje byś samolubnie nie zagubiła się w ciemnej jałowej
samotności
Czy również otarcie na skąpo ubranym piórze załamanym w kałamarzach
jednych
Przy tobie martwe portrety już i obrazy widziane wcześniej w
zwierciadłach marnych
Przy tobie nie mogę
Nie zasnę przy tobie
Przy tobie się martwię
Nie kończę przy tobie
Nie zasypiam po wprędce
Choć igiełka statecznie jeszcze
Zamyka się w kapotażu udogodnień
Gdy w chwili końcowej podczas zmartwień
Piersi twej przyłożyć stylisko w uszku kształcone
Usłyszeć choć przez chwilkę jak nie milknie uniesienie twoje
Powoli gdy serduszko stuka o bukowe drzwi w stalowej moskitierze
Tak jestem tutaj
I tak zaprzestanę
Mam tam wiele znaczeń
Lecz nie ważne są ich oblicza
Tylko ich twarz
O twojej budowie
Przy cichnącej płycie
Przy walizkach moich łez
Przy skrzętnych parafrazach
Jedna dłoń przy niej zasnąć chcesz
Jest twoja oddaję ci ją nie zapomnij mnie
Przy mnie konkretnym obnażonym ze stert śnie
Przy poskramianych skałach ambon przy Lysefjord
W dłoniach malutki skowyt ręcznych znamion tu jest ból
Dotknęła mojego podudzia roześmiał się sztorm światło w pokoju
skończyło się
I ten szmer
Że to koniec