Sztandary młodych płoną na wysypiskach łkań
Pozłacane języki i ochłapy wymieszane w po części
Może tak lepiej na pewno nie gorzej łez nie utykasz
Szkoda ich na zaplanowane wzorce co mętnie ugrzęzły w ściekach
manifestów
Jurek z Wołomina zapodział się tu przypadkiem
Ręce poranił od biblii i kazań krzyżowych Chciał spokojów
Odczuć sobie w lansadach Marszczy skronie i płonie ze wstydu
Być może płacze lecz niedowidzę
Oślepłem w improwizacji
Może przypadkiem każdy z nas tu znajdzie się
Może z potrzeby niechcący podeszwy zaprowadzą cię
Skulisz się nad grobem Wojaczka i pokornie zawyjesz
Jak pies co samotny ogryza pnie z kory
Bo zgłupiały zapomniał kim jest z zniżenia
Stracił głowę na mielonych w kartoflach obok marchewki zmarkotniał w cięgach
Do nieba
Tak chciał
Do nieba
Jurek wiedział o mszach Powłóczystych drogach
Potykał się na słowach i drygał przed skupieniem
Wiersze to jego trwoga niezrozumiały szczyt w podzięce
A obok stóp twardych sztandar suchy od słońca Wytarty z puszek
Pepsi
Jurek samotny spoglądał
Nie cierpiał Nie umiał czytać tylko co chwilka śmiał się z Rubensa
Dawno nie widział nagiej kobiety Tak mętnej Rozpieszczonej
Choć to tylko obrazek maźnięcie włosem po tekturze z lniany
Wyjął na zewnątrz i spermą zaplątał przestrzeń na sztandarze ślad pozostawiając
Biało czerwony
Koniec