"Carmen Consoli w tle mnie psuje"

Od dawna irytuję się przyszłością

Co pięć minut o niej mi mówią lecz nie rozumiem za bardzo
Może jestem przykładnym obywatelem tylko własnego świata
Zaropiałym piechurem nie tętniącym życiem w przygodzie niesmak
Czy kieszenie puste bez żadnych obrazków kształtujących moje dawne
Rozeschłe przez które już dawno temu bóg mój malutki wyciekł i odszedł
Co najwyżej się gubię ale nie każdy chce mnie odnaleźć więc od dawna jestem jawny
Tuż pod parasolem z czwartą manierką piwa Aladyn w mojej głowie prawi klawe historie

A ja cieknę przez próchnicę betonowych chodników tuż pod lewą stopą gdzie obok wiklinowy kosz

Tam też się gubię

Od dawna irytuję się przyszłością

Od dawna znam całą swoją historię od narodzin po śmierć lecz Dżin nie jest wygadany
Trąc pastelową przestrzeń o szklaną wyrwę raniąc się w palec patrzę na krew co cieknie

I zamieniam się powoli w tą ciecz która paruje nad górnym horyzontem
Tam chmury się zbierają pewnie deszcz więc swobodnie zaraz powrócę

Lecz na chwilkę chcę zniknąć bodaj uciec na sekundkę obłędną tak bardzo za tym tęsknię

Chlebem się nie uraczę lecz głodu się nie pozbędę czasami mniej irytującą jestem postacią
Napiję się musztardy by w chwili obecnej zaszczycić mi tu bliskich historią swojego życia

Ile masz lat ktoś pyta nie za dużo jeszcze ale staram się nie zagubić rachunki prowadzę należycie
By na szczycie odnaleźć własnego zagubionego co z dziurawej kieszeni moich drelichowych spodni wysypał się
Faktycznie jest ciepło i deszcz mdły opada chwytam kroplę na dłoń lecz nie odczuwam jej ciężkości tylko łamliwość
Szczodrze pominięta odnajduje w parasolach zakręty i ja pisząc bezustannie o niczym też odnaleźć pragnę te wojny kaskady krwi
Te przeżycia gdy koledze nogę urwie a ja ją odnajdę i włożę do zamrażarki tak będzie dobrze przynajmniej pozostanie wspomnienie
I coś poczynię wiersz o krucjacie o człowieku który coś przeżył albo też o miłości tej chorej do cudzej kończyny co krwi ponury zapach po pokoju baraszkuje

Tak chyba napiszę

Od dawna irytuję się przyszłością

Łagodnie zapisując kolejne dwie kartki po prostu lubię gdy czegoś jest dużo wręcz w nadmiarze
Albo miłość co każdy jej łaknie gdzie nie spojrzę tam wysysany tłuszcz z twardych nieludzkich warg
On stara się przedstawić wszystkim to czego się boi i dotyka jej pośladka a dwulatka w zanadrzu to odczuwa z daleka

Mniej pokrętna przestrzeń pisałem już o tym może przestanę
Albo się ranię za okno wyglądam wiatr osobliwy policzek obliże
Czy kolejne mniej anachroniczne niże wciągające ciało me tam w górę
I lecąc w nadprzestrzeń pod chmurę by odnaleźć tego waszego drogiego boga
I co z najgorsza go odnajduję trwoga ma w piętrze czwartym osiąga szczodry maksimum
Pytam się co jeszcze a on w minimum w animowanym wierszu obrazuje mi przyszłość gorzką

Tą moją i własną

Zasnąć

Piąta manierka rozregulowała moje fałdy brzuszne krtań nieruchoma zmieniła orbitę Wytarta szmatką lekką twarz zmieniła swoje oblicze Czarownik mi prosto w nos kaszlnął Powiedział przepraszam ale nie usłyszałem dopiero dzisiejszego ranka to sobie wyobraziłem Może tego nie było albo tylko szydzę z własnego Chciałem coś zjeść

Najeść łeb

Głód przesłonił przysadkę

Otwieram zimną swą spiżarnię W lewej dłoni kromka suchego końskiego W oku kształt żywego i martwego poruszającego się w dwutakcie zeza Jeszcze może poczynię kawałek tego mięsa

Choć nie wiem bo wstydzę się nie mądrze a kolega patrzy
Z nieba

Jak się czujesz czy spacery są tak same jak w dzieciństwie
Pytam

Ale on nie wierzył w boga odpowiedział tylko że nie chciał
I nie dokończył wyrwał się z mojego oblicza
Tak myśląc zapłakałem
Nic nie zjadłem nawet

Od dawna irytuję się przyszłością

Ile masz lat ktoś nie jawny spytał
Odpowiedziałem lecz zapomniałem
Nie wiem jak to sobie wyobrazić
Zbyt nie potrafię to było wczoraj
Dziś jest jeszcze niewinnie martwe

Carmen Consoli w tle mnie psuje
Poproszę o kolejną manierkę bardzo
Carmen Consoli w tle mnie psuje
O wszystkim zapomnieć w jej głosie

Zatonąć i zasnąć by zanadto się jeszcze nie obudzić

koniec