Od dawna irytuję się przyszłością
Co pięć minut o niej mi mówią lecz nie rozumiem za bardzo
Może jestem przykładnym obywatelem tylko własnego świata
Zaropiałym piechurem nie tętniącym życiem w przygodzie niesmak
Czy kieszenie puste bez żadnych obrazków kształtujących moje
dawne
Rozeschłe przez które już dawno temu bóg mój malutki wyciekł
i odszedł
Co najwyżej się gubię ale nie każdy chce mnie odnaleźć więc od
dawna jestem jawny
Tuż pod parasolem z czwartą manierką piwa Aladyn w mojej głowie
prawi klawe historie
A ja cieknę przez próchnicę betonowych chodników tuż pod lewą stopą gdzie obok wiklinowy kosz
Tam też się gubię
Od dawna irytuję się przyszłością
Od dawna znam całą swoją historię od narodzin po śmierć lecz Dżin
nie jest wygadany
Trąc pastelową przestrzeń o szklaną wyrwę raniąc się w palec
patrzę na krew co cieknie
I zamieniam się powoli w tą ciecz która paruje nad górnym horyzontem
Tam chmury się zbierają pewnie deszcz więc swobodnie zaraz powrócę
Lecz na chwilkę chcę zniknąć bodaj uciec na sekundkę obłędną tak bardzo za tym tęsknię
Chlebem się nie uraczę lecz głodu się nie pozbędę czasami mniej irytującą
jestem postacią
Napiję się musztardy by w chwili obecnej zaszczycić mi tu bliskich
historią swojego życia
Ile masz lat ktoś pyta nie za dużo jeszcze ale staram się nie zagubić
rachunki prowadzę należycie
By na szczycie odnaleźć własnego zagubionego co z dziurawej kieszeni
moich drelichowych spodni wysypał się
Faktycznie jest ciepło i deszcz mdły opada chwytam kroplę na
dłoń lecz nie odczuwam jej ciężkości tylko łamliwość
Szczodrze pominięta odnajduje w parasolach zakręty i ja pisząc
bezustannie o niczym też odnaleźć pragnę te wojny kaskady krwi
Te przeżycia gdy koledze nogę urwie a ja ją odnajdę i włożę do
zamrażarki tak będzie dobrze przynajmniej pozostanie wspomnienie
I coś poczynię wiersz o krucjacie o człowieku który coś przeżył
albo też o miłości tej chorej do cudzej kończyny co krwi ponury zapach
po pokoju baraszkuje
Tak chyba napiszę
Od dawna irytuję się przyszłością
Łagodnie zapisując kolejne dwie kartki po prostu lubię gdy czegoś
jest dużo wręcz w nadmiarze
Albo miłość co każdy jej łaknie gdzie nie spojrzę tam wysysany
tłuszcz z twardych nieludzkich warg
On stara się przedstawić wszystkim to czego się boi i dotyka
jej pośladka a dwulatka w zanadrzu to odczuwa z daleka
Mniej pokrętna przestrzeń pisałem już o tym może przestanę
Albo się ranię za okno wyglądam wiatr osobliwy policzek obliże
Czy kolejne mniej anachroniczne niże wciągające ciało me tam
w górę
I lecąc w nadprzestrzeń pod chmurę by odnaleźć tego waszego drogiego
boga
I co z najgorsza go odnajduję trwoga ma w piętrze czwartym osiąga
szczodry maksimum
Pytam się co jeszcze a on w minimum w animowanym wierszu obrazuje
mi przyszłość gorzką
Tą moją i własną
Zasnąć
Piąta manierka rozregulowała moje fałdy brzuszne krtań nieruchoma zmieniła orbitę Wytarta szmatką lekką twarz zmieniła swoje oblicze Czarownik mi prosto w nos kaszlnął Powiedział przepraszam ale nie usłyszałem dopiero dzisiejszego ranka to sobie wyobraziłem Może tego nie było albo tylko szydzę z własnego Chciałem coś zjeść
Najeść łeb
Głód przesłonił przysadkę
Otwieram zimną swą spiżarnię W lewej dłoni kromka suchego końskiego W oku kształt żywego i martwego poruszającego się w dwutakcie zeza Jeszcze może poczynię kawałek tego mięsa
Choć nie wiem bo wstydzę się nie mądrze a kolega patrzy
Z nieba
Jak się czujesz czy spacery są tak same jak w dzieciństwie
Pytam
Ale on nie wierzył w boga odpowiedział tylko że nie chciał
I nie dokończył wyrwał się z mojego oblicza
Tak myśląc zapłakałem
Nic nie zjadłem nawet
Od dawna irytuję się przyszłością
Ile masz lat ktoś nie jawny spytał
Odpowiedziałem lecz zapomniałem
Nie wiem jak to sobie wyobrazić
Zbyt nie potrafię to było wczoraj
Dziś jest jeszcze niewinnie martwe
Carmen Consoli w tle mnie psuje
Poproszę o kolejną manierkę bardzo
Carmen Consoli w tle mnie psuje
O wszystkim zapomnieć w jej głosie
Zatonąć i zasnąć by zanadto się jeszcze nie obudzić
koniec