"CHOLERA ZIELONA"

felieton
tekścik
słowotok
nowatorski bzdet
zabrakło mi formy więc czekam na czek
pieniądze na koncie napiszę coś wrednego
zaskrzypią mordy te co udają na głodnego
napiszę więc wiersz pełen pretensjonalnych słów
i znów tak na nowo jedno słowo tworzy opcje
zaś Eustachy jest zdenerwowany pochowany za papierową torbą
robi tak zwany zrzut zarządzony klęską tu najmocniej obecnego
pomruk towarzystwa zlekceważonego na stopie mojej uśmiechnięty mały wnuk chce coś okropnego

nic z tego nie rozumiem cholera zielona

a więc małpka wierci się jej piętka blednie w deszczu w neonowej dżungli
jej łapka rozpięta zasłania usta co już dawno napojone i gnuśnie zlekceważone
stukot czternastu łazarzy wiercących się pod kołdrą drąc mordę na całego
i ten gość na upartego pragnie pozostać mistrzem w cietrzewiach grających
i zrywa hartowane przepony
patrzy jak krwawią dreszcze
pod pachą dyplomów pełną
i tam się chowa
jego głowa

cholera po cholerę ktoś pisze cholera i do tego zielona

banan na pożegnanie zagrane tyrady powierzchownych melodii w tle arbuza
owa małpka czekając na choćby przejaśnienie spogląda na ułożony owoc i cierpi
kolejny krzyknął by wreszcie zakończyć historyczną wizjonerską bujdę na temat życia
poprzez skowyt obecnych tu nie nowych wytargał coś więcej ze swojego tu bycia
zaś reszta najgłośniej płakała
a małpka młoda czekała
aż przestanie padać
nihilizm
moralny

zielona cholera nic z tego nie rozumiem

pomruk towarzystwa zlekceważonego na stopie mojej uśmiechnięty mały wnuk chce coś okropnego
robi tak zwany zrzut zarządzony klęską tu najmocniej obecnego
zaś Eustachy jest zdenerwowany pochowany za papierową torbą
i znów tak na nowo jedno słowo tworzy opcje
napiszę więc wiersz pełen pretensjonalnych słów
barwy ślady tańce zranionych gołębich dusz
zaskrzypią mordy te co udają na głodnego
pieniądze na koncie napiszę coś wrednego
zabrakło mi formy więc czekam na czek
nowatorski bzdet
słowotok
tekścik
felieton

26
COŚCOŚCOŚCOŚCOŚCOŚCOŚCOŚCOŚ

melodia to chora co głębią szafuje
masuje skronie nagie wyrysowane w słodkiej konfiturze
lekcje prowadzone te prawdziwe w swym pięknie szczurze
napisy na szarym murze co wzbudzają zachwyt zebranych tu artystów
a każdy z nich wyciśnięty odradza życia banalnego
po czym w swej banalności sprząta po sobie słowa

te wyrzucone odrzucone w parnasie delikatnie porozrzucane po całym tym małym świecie
po kątach grafitowych ciemnych odczuciem perwersji szablonowej
w zakamarkach najszerszych wegetujące wyrazy w zdaniach poukładane nagie ciągłe frazy
w kieszeniach starszych ubrań delegujących się historią mojej młodości przyszłej starości
w kartkach wewnętrznych ksiąg pochowanych przed zebranym tu nagim tłumem

owe słowa to pogubione starszawe i młode tak bardzo ważne by móc je odszukać
by móc je na nowo uszanować pieścić w dłoniach ułożone poszczególne litery
pokazać ująć w ramkę oklaskiwać szczodrze wznosząc na stojaka z głosem zachwytu
owe słowa te wynikłe z ciągłego nawiedzania wytarte i lekko zakurzone jakby wciąż nowe

owe właśnie słowa zaskakują
swym podejściem
swym malutkim odreagowaniem
w spokojnym śnie delikatnego mężczyzny który pisząc owe słowa złości swej wyzbyć się pragnie
więc też tak czyni
po kolei

nowe atrakcje podobają się mi jakbym zaskakiwał się moją dawną posturą intelektualnej sprawy
potoczyście zaprzęgnięte do owej alkowy zwisają na sznurze i przemieniają się powoli jawnie
bez żadnych wynikłych z tego elementu ekscesów
wszystko potoczyście i banalnie w ekstrawagancji
ale tak naprawdę wszystko tu obecne jest banalne

banalne są schorzenia
ból łydki pociętej drewnianym nożem
obcięte włosy w nowej fryzurze choć cierpki ust smak
w fazie oblicza pochodzącego z odbicia
w skarlałych ubraniach ze słowem gorzkim
we w ciętym pasie w talii piersi słodkich ezopowych
banalne są oddechy nachodzące po sobie
banalne są odruchy gdy patrzysz zrozumiały
gdy pohamowany zaprzestajesz gubiąc po kolei wszystkie tam zebrane pasje
gdy martwisz się gdy spoglądasz na osobę tą drugą gdy kochasz
wszystko to jakby banalne


a więc karzesz
powoli mażesz po tablicy i patrzysz spokojnie na spadające gwiazdy

muskularna torpeda uderza o plecy twoje po czym powraca i powtarza swój ostatni cel i tak ciągle bez twojego okrutnego zagadnienia
niby boli ale się wstydzisz więc z bólem tym co gryzie serce twe leciutko spreparowane zamaskowany tym genetycznym sztucznie wytworzonym uśmiechem podchodzisz do owej mięsistej krwistej czerwonym winem dziewczyny kobiety w klaustrofobicznym będącej usposobieniu podchodzisz do niej i ślesz jej oprócz schematycznych kwiatów najgłębsze przekazy po czym śmiesz podejść najbliżej i pocałunkiem kończysz owy eksperyment
najdziwniejsze jest to że wszystko jest twoim wymysłem
wstydliwym portretem pociągniętej kredką grubej osóbki na kartce białej papieru tego i płaczesz
wstrząśnięty tym samym
tym banalnym odczuciem
tym banalnym słowem
tym banalnym zarzutem że owe umysły są chore
tym banalnym schorzeniem którym chwalisz się bardzo
tym banalnym zakończeniem bez początkowych fraz przeczących
tym banalnym zdaniem słowem jednym wyrazem poprzez wszystko to co chcesz przekazać
tym banalnym ale
tym banalnym
banalnym

koniec