Garbię się mocno w postawie jestem giętki
Kolano krzywe ostudza moje zachowania gdy patrzę plastikowym swoim okiem na pejzaż zebranych tu nielicznych
We wnętrzu moim serce nawet nie moje utarte w gracji nieromantycznej wydatnie w bólu skrojone
Jedna nerka kiedyś miałem ich kilka i wątroba przetworzona za dużo
odczuć gdzieś tam we mnie
W tym jałowym środku
We wnętrzu podartych kartek pustych zbyt wiele
Nigdy nie zapisanych nie oddanych nie poznanych
W słowie gdy usta gną się tak śmiesznie a reszta ciała zapada
w pionie w stresującą całość
Moje tak zwane interieur wymalowane kapryśnym złotem
Z owym w tle jazgotem
Z owym dźwiękiem gdy struna urwana szalenie łagodzi
Medium wykształtowane nie zamierzenie śmiesznie
To cały ja
Ktoś krzyczy jeszcze
Pustynne obszary
Minoderyjne przywary
Buntownicze losy
Parchate rany
Język zbyt śliski w dziwacznym smaku odkrywasz przywary gorzko i słono co najwyżej słodko gdy stadko mi podobnych znika bezpowrotnie
Podobne mi twarze
Pełne wojaże beztreściowych przeżyć za każdym mięśniem historii
kilka gdy dłoń zaciskasz i uśmiechasz się zbyt serdecznie każda myśl
załagodzona innym pamiętnym wieszczem bez własnych przeżyć czy właściwych
teorii bez własnych słów zatopiony w elementarnej pustce w książkowym
dziele gdy libretto impersonalnych poznaję bez liku przyjmuję perliście
po czym w amoku gnę się nieciekawie i umieram w natrętnej nimbie
Następuje brutalna eksklamacja zebrany tłum rozaniela się serdecznie
Następuje okrzyk nienawiści gdy zebrani tu z podwyższoną tożsamością
czują się silnie ze wstrętem analogicznie gibkim z minutą która mija
powoli z ociężałym oddechem nielekkim krokiem z piersią martwą lekko
namacalną ze spojrzeniem nijakiego
Ktoś krzyknął: Jeszcze.
Tak się rozwinął...
Spektakl przeklętego
Koniec