cisza
szelest liści
ziarno mojej kariery
pieniądz ulokowany w cienkim portfelu
cisza
zamazany płomyk w moich oczach przypominał dźwięk
ten nazwany powtarzany w kółko przez małe pełnoletnie dzieci
właściwie słów ich nie rozumiem aczkolwiek pragnę
chowam się
nie wiem
cisza
jestem nagi wyciągnięty z kobiecego wnętrza we krwi
oczyszczony
jednooki
leworęczny
słaby
cisza
gromadzą się właściciele mojej osoby w płaczu zakłamani znają moje
cele
będę lekarzem samotnikiem w miesiącach stały w latach ciekły
ciepły
katolickie amen
cisza
dorosłem na szosach pośród gumowych opon zardzewiałych po deszczu
owy metalowy dom z przyjacielem moim zwierzęcym
w geście upodlenia nazwali mnie dorośli że potrafię choć odwaga
mi nie doskwiera
głęboko i nudnie w kawalerskim mieszkaniu przy muzyce hitlera
jakby niema era
pusta butelka w słońcu odrysowana lekko ciepła wygięta zerwany
papierek data ważności
cisza
w kościele starsza kobieta usiadła na ławce obok niej ministrant lukrowany
ona na tacy tej ułożyła pączek ksiądz odrzekł szczęść boże po
czym poczynił kęs
był dobry
pączek
słodki
jędrny
pośladek mojej matki nigdy nie wydawał mi się zbyt ciekawy
płakałem gdy go widziałem odwracałem wzrok lecz mieszkanie to
było małe
innych przestrzeni postrzec trudno mi było
bydło
wypuszczone na łąki
cisza
cisza
karnawał wielki w świetle sztucznych oficjeli ubranych w pęczate towarzystwo
ja w samotni własnej podziwiałem jej sztuczny anons którym się
wychwalała
mówiła że jestem jej pokrewnym pacjentem duszą bliską źródłem
westchnienia
krzyku lub też uwielbienia lubiła tak mówić choć była na pokaz
ja się nie chwaliłem
ważne że byłem
sam
na pokaz
również
ja
cisza
moja własna ta cisza we mnie ulokowana nie oddana nie podziwiana
mój piękny wianek na sercu krochmalim wyjęty z słońca brzasku
moja własna cisza
na czasie
modna
i tylko dla mnie
cisza
koniec