"CODZIENNIE"

Codziennie widzę aniołów tych resztki ich nagie ciała martwe łatwym życiem

Codziennie widzę granice boleści nieosiągalne pomimo łatwych zapowiedzi bezinteresownych myśli jednorakich przypuszczeń

Codziennie w miłości zawarte dane egzystencja próbna osiągnęła najwyższe stadium poszum niezadowolenia odarte wnętrze z miłosierdzia rannego

Codziennie to samo sumienie co męczy mnie nieubłaganie gdy mam możliwość przebaczenia i jak głupi przebaczam kończąc ze swoją dobrotliwością w tym milczącym katorżniku

Codziennie te same słowa

Codziennie te same złości

Codziennie te same twarze oparte na grafitowych obrazach zdrętwiałych ruchów dłoni w malarskim antydziele

Zesztywniały
Kołkowaty
Zbyt niemrawy
Ranny i słaby

Codziennie piszę te same słowa
Codziennie manifestuję
Śmieję się
W innych losach w innych światach gustuję gdy koleje życia twojego nabierają barw ciekawych lecz z czasem zaczynasz być znudzony sobą znudzony swoim odczuwaniem swoim byciem tu ową nadmiernie wyrażoną miłością w samotnej nucie gdy wszystkie kartki papieru porwał wiatr a ty zamiast żyć zaczynasz improwizować a reszta ma do ciebie pretensje bo nie oto tu chodziło i nie tego tu pragną nie chcą

gdy mówią byś poprzestał lecz ty nie czynisz tego bo jakby ci lepiej

Codziennie więc umierasz
Codziennie na nowo twoja śmierć ten sam ból ci zadaje gdy każdego poranka postrzegasz wszystko inaczej łamiąc zasady poprawnego egzystowania stosowania się do obecnych tu norm odrzucasz je
Dlatego codziennie giniesz
Codziennie każdego popołudnia
Codziennie każdego wieczoru
Gdy krwawisz mocno gdy oczy twoje przymknięte ciemności owych błogich nie widzą gdy usta twoje przekrwione czerwienią pospolitą nie okazują żadnego niepokoju żadnej pasji żadnego życia nie zapowiadają
Słowa nowego nie przytaczasz sam czując się dziwacznie skrojony w ubiorze upiora dnia codziennego w stylu wiktoriańskim gdy ów styl odrzucasz w stylu barokowym gdy ów styl urywasz w stylu punk rockowym w kolejnym rubensowskim odcieniu nagi jakby mniej modny w szyfonie niebiańskim tak jak bóg cię ten stworzył
Gdy krwawisz mocno
Gdy przestajesz istnieć
W mitologicznym ciągłym powtarzaniu
Bez przerw
W cierpieniu

Codziennie niewinne mam plany pod gruzami moich myśli zaokrąglonych dwukrotnie do podwójnej sumy

Codziennie słyszę jak źle jest moim towarzyszom
Codziennie płacz rozbudza moje marzenia
Codziennie cierpię z nutką istnienia

Codziennie postrzegam aniołów innych których starania na złe mi wychodzą
Codziennie widzę ich zakrwawione ubrania co brudem mojej myśli się mienią
Codziennie postrzegam inne postacie ich skrzydła niepotrzebne co nie wydźwigną do nieba
Codziennie modlę się patrząc ci na twarz na usta martwe i nieme spojrzenie i za każdym to razem postrzegam twoje jawne cierpienie
Codziennie aniołów tych widzę na krzyżach zawieszonych lekko mieniących się niebiańską oprawą
U stóp ich widząc te twarze nie skrzywdzone lecz to nie one są martwe
Martwe są twarze bardziej utożsamione z wnikliwym pojęciem prawdziwego istnienia
Resztki marnotrawione pojęcia nie mają czym owe jest życie więc nie cierpią
Patrzą
Podziwiają
Płaczą

Codziennie z nimi rozmawiam
Codziennie ich słucham
Codziennie szukam lecz odpowiedzi owej znaleźć nie mogę
Codziennie się boję
Codziennie się boję
Codziennie się boję
Codziennie (powolutku artykułuj te słowa)
Codziennie (wstrzymuj oddech by oddać chwilę)
Codziennie (w ciszy miernej te słowo wypowiedz)
Codziennie... (martwym językiem)

Wciąż szukam (głośno by krzykiem obudzić)

Koniec