jestem dalekim krewnym mojego ślicznego Boga
dalekim tylko bo przecież jest nas wielu
ponad sześć miliardów gdyż tak zliczyli
nie mówię o tych co jakby w świecie owym nie istnieją
co byli
gdy ich nie ma
nas wciąż jest około sześć miliardów
wszyscy to rodzina
a każdy z nas to daleki krewny
jestem dalekim krewnym mojego najukochańszego Boga
codziennie się modlę do ciebie patrząc w twoją wyimaginowaną twarz
twarz starca wymalowana na zniszczonym murze przez artystę reprezentującego awangardę nową wynoszącą się ponad przeciętność
pamiętam że cię zobaczyłem w chwili gdy szedłem kupić mleko
skończyło się również masło ale jak zwykle zapomniałem o tym
coś mi na myśli się zrodziło przez co nie kupiłem owego specjału
będę musiał jeść suchy chleb ale jakoś się z tym oswoję
szklanka mleka być może mnie z tego problemu wybawi
kanapka z serem żółtym bez masła ale jednak z mlekiem
tego typu przyszłość też w głowie mi pozostaje
przynajmniej się nie oszukuję a w oko wciąż coś mnie kuje
na pytanie co
w wietrze zrodzona mała część subkultury
mały kłosek ze żniw lekko rozkołysany wleciał mi do oka
dłonią drętwą od niemiłego materiału tej siateczki co wgryzała
mi się w ową linię życia
dłonią luźną kiedy nie posiadałem nic w niej oprócz powietrza
dotykającego jej podczas chwili bytności
jedna stopa lekko uniesiona odpoczywała
zaś stopa druga przyjęła na siebie cały ciężar mojej nie tak
marnej postaci
i myśl przechodząca przez wszystkie arterie mojego ciała co ożywiła
moją w apatii pogrążoną jednostkę
starałem się nie walczyć choć sił nie miałem patrzyłem ci na
twarz i mdlałem
nie opadłem na ziemię jakby to mogło się wydawać po prostu byłem
nie w tym świecie jakby nie kontaktowałem z refleksyjną nutką
utrudzonego człowieczka który zawsze żyje czymś innym lub w konfrontacji
z innym Bogiem staję się zbyt monotonny w swych działaniach nie
reaguję na spojrzenia tego drugiego jednak go przyjmuję w głowie
tworząc inne okoliczności na słowie pozostaje mi albo tak albo
nie zaś w głębi swej dziecięcej postaci jestem za tym prawdziwym
którego dzisiaj postrzegam którego widzę czuję który kłuje mnie
w oko ale i nie tylko bo przecież czuję również jak wszystko
we mnie tętni innym życiem inną inicjacją jakbym modlił się do
ciebie ale moja modlitwa inaczej brzmi inaczej wygląda nie składam
rąk w całość w sposób żaden nie wymawiam wyuczonych zdań frazeologicznych
i monotonnych słów utworzonych przez was powtarzanych modlę się
w sposób precyzyjny prowadząc dialog z tobą poprzez formę drogocennych
całości przez co oddaję ci się w całości oddaję ci się mężnie
walcząc ze swym konformizmem bo wierzę
jestem dalekim krewnym rozliczonego na drobne szczególiki Boga
wszyscy cię znamy
wszystko o tobie wiemy
tak naprawdę znamy odpowiedzi
wciąż nie znamy pytań
i twój obraz
myślę
wszystko maluje się inaczej
aczkolwiek nie wiem czy tak to powinienem postrzegać
ujrzałem cię w drodze
donikąd
być może teraz zmienię zdanie bo przecież ów droga gdzieś mnie
poprowadziła
do miejsca pożądanej wymiany gdy upuszczam swoją krew a obok
mnie medycy znani na świecie całym poprzez szereg połączonych
z moją nijaką materią gumowych kanalików gdzie przepuszczacie
przeze mnie jego ciecz tą ciecz która podtrzymuje go przy życiu
która być może odmieni moje życie nawet nie czuję owych milionów
igieł choć stal ta jest zimna i jakby gorąca co jedynie moja
postać bezduszna krzyczy by dostarczyć więcej moja krew opada
na ziemię i wsiąka w nią jakby tracimy ową ciecz która nadawała
mi odpowiedni przebieg lecz jakby nie pobudzała mnie do działania
nie prowadziła mnie do niesamowitego nie dawała mi owej siły
kierującej mnie ku precyzyjnemu i intrygującemu gdy trzymaliście
mnie na innym szczycie na innej drodze gdy ktoś wskazywał palcem
na drogę prowadzącą gdzieś gdzie tak naprawdę nikt nie powinien
iść a wszyscy tam się kierują lecz wiem że to wszystko się zmieni
owych sześć miliardów poprowadzę do ciebie
ale...
bez ciebie
bo ciebie już nie będzie
to nie koniec
to nie koniec
to nie koniec
to nie koniec
to nie koniec
to nie koniec
to nie koniec
to nie koniec
już nie jestem dalekim krewnym mojego milusieńkiego Boga
myślę że jestem czymś więcej
po czym poczułem ból i uderzenie przemieszczające się po moich pośladkach godząc również silnym muśnięciem mój wystający brzuch
oczy bardziej bolały dłonią wyjąłem to coś co mnie gryzło garść
piachu w mych dłoniach odsłoniłem
to czysta ziemia jedynie zapluta popłuczynami schizofrenii
wstałem
otrzepałem się z owego brudu przetarłem raz jeszcze moje poszkodowane
oczęta
naplułem na palec i wilgotnym dotykiem obmyłem owe pole widzenia
widziałem już lepiej
w oddali ujrzałem młodego człowieka który biegł
pewnie się śpieszył
raz jeszcze spojrzałem na tą szarą ścianę która w pewnym punkcie
zmieniła swój koloryt
zielona twarz i oczy niebieskie język czerwony i nos krzywy
jakby połamany
tak samo łamie się uderzeniem kolana ludzki kręgosłup
widziałem to w telewizji
byłem ciekaw
wizji
wizji człowieka który wyrysował owe dzieło
poczułem w kieszeni że nie mam portfela
w portfelu miałem klucz do domu
właściwie już nie mam gdzie wracać
napiłem się mleka
poczekałem
zaczął padać deszcz
lecz nie zareagowałem
w ten sposób stałem się bezdomny
co jedynie sobie przypomniałem
że jestem krewnym dalekim mojego odległego Boga
koniec