Miałem kiedyś pomysł na sztukę podniebną, o kilku parach mówiących o miłości.
Każda z nich w swych miejscach skupienia, na łożach pokrytych
białą pościelą, cztery pary rozmawiające o miłości w sposób dziwniejszy,
w sposób inny, wzniośle jakby nad przestrzenią owego ładu.
Cztery nagie pary, ale wszystko ujęte w lekkim erotycznym podtekście,
bez nagości na ekranie, tylko w wyobraźni tych oczywiście zakochanych.
Być może kiedyś powstanie ciąg dalszy.
Być może kiedyś zrealizuję owy obraz, być może kiedyś ktoś z
was ujrzy owy film będąc u boku swej najserdeczniejszej osoby, kiedy
każde z was spojrzy na ów bliźniego i powie że kocha, a wszystko zakończy
się w miłosnym tonie.
Na razie, na dzisiejszy dzień nie stać mnie na ów obraz, lecz
wierzę, że ów obraz kiedyś powstanie, na razie się boję, gdyż nie wiem
czy dam sobie radę.
Być może kiedyś w poniższych opiniach odnajdę nutkę, która mnie
popchnie, lecz dzisiaj tkwię tylko w strachu, czy naprawdę mogę.
(Dwa nagie ciała, biel pościeli, słońce mocne bijące zza okna, światło padające na ich twarze, ona jest normalną dziewczyną, nie tą wydartą z żurnala, on jest zwykłym mężczyzną, nie tym amantem kina, obrazu czy innej sztuki, w tle żadnej muzyki jedynie poezja mówiona, zatoczona w intymnym tonie, spokojnie, bez mdławych reakcji.)
- Słodki?
- Jesteś.
- Jestem?
- Słodki.
- Nie wierzę.
- Uwierz.
- Nie mogę. Spójrz na mnie czy ja mogę być słodki? Każdego dnia
mam przecież żal do siebie. Każdego dnia odnajduję w sobie kolejne
bolące rany, nowe uzaleźnienia, nowe schematy, każdego dnia jest mi
gorzej, każdego dnia łza zastępuje moje słowa. Czy ja mogę być słodki?
- Jesteś.
- Jedynie ty sprawiasz że jest mi jednak lepiej. Ale czy słodki?
Nie wiem.
- Jesteś.
- Dlaczego?
- Dlaczego co?
- Dlaczego jesteś ze mną?
- Nie wiem. może dlatego że jesteś słodki (na jej ustach prześliczny
uśmiech). Może dlatego że gdy cię ujrzałam poczułam się troszkę dziwnie,
naturalnie z gestem pewnego upewnienia, że jest ktoś podobny do mnie.
- Ktoś słodki? (na jego twarzy włochatej również uśmiech aczkolwiek
nie prześliczny, taki normalny)
- Tak, słodki.
- A myślisz że mnie mogłaby pokochać osoba nie słodka? Osoba
której zbyt wielu w życiu nie potrzeba? Zawsze mi się wydawało że owe
uczucie bytności jest pewnym pustym elementem owej życiowej gry. Gdy
nagle spotykam ciebie i jakby czuję się tak jakby coś mnie ujęło w
najmocniejszej formule. Spotykam cię i patrzę ci w oczy. Rozmowa polegająca
jedynie na uśmiechach i na pewnych niezrozumiale uformowanych słówkach.
Czułem się jednak wtedy tak jakoś dziwnie jakby dwie nagie dusze wtulone
w dziwacznym układzie rozmawiały ze sobą. My patrzymy sobie w oczy,
nie potrafimy sformułować konkretnego dekretu, w którym moglibyśmy
ułożyć łatwo słowo: Miłość, ale nasze dusze jednak dogadały się w tym
założeniu zakładając, za nas, że sobie jesteśmy przeznaczeni, to znaczy
oddani.
- Czułam wtedy w sercu pewnego rodzaju uczucie, które nigdy przecież
przeze mnie nie było rozpatrzane, gdy nagle patrzę ci w oczy i zaczynam
rozumieć nowe rzeczy, pojmować nowe wnioski, patrząc ci w oczy i mówiąc
ci jak jesteś słodki. Zawsze gdy owe słowo usłyszysz wiedz, że kocham
cię mocno, i w chwili każdej o tobie myślę. Gdy ciebie nie ma to jestem
samotna, gdy przy mnie jesteś to jakby napełniona tym uczuciem pojmuję
dnia każdego na czym polega ta nasza chora miłość. Normalnie czuję
się zawsze dobrze, ale będąc przy tobie dostaję gorączki i tobie wpadam
w ramiona.
Szalona. Tak kiedyś powiedziałeś.
- Tak powiedziałem. Pamiętam. Codziennie mogę ci mówić o tym.
Jesteś szalona. (pocałowałem ją w usta)
- I jak smakuję.
- Jak szalona. (uśmiechnął się)
- Raz jeszcze spytam. Jak smakuję?
- Od zawsze jak cię w ramionach tuliłem swych wychwalałem cię
najmocniej jak mogłem. Od zawsze byłaś słodka. (jej usta dziwnie wygięły
ową przestrzeń, jej uśmiech otoczył całą sferę rysując w powietrzu
ludzkie linie papilarne ułożone w dziwną symbolikę, tak piękną, że
tylko malarz potrafiłby ją przedstawić)
- Jak słodka? (flirt niewinny)
- Bardzo słodka. Gdy cię ujrzałem na podniebieniu czułem ową
słodycz, gdy cię pierwszy raz pocałowałem ów słodycz na moim podniebieniu
eksplodowała jak magia wyczarowana, jakby na języku moim znajdował
się spec od efektów specjalnych, który swym czarodziejskim muśnięciem
odrzucił moje największe wspomnienia.
Poczyniłaś we mnie czarodzieja.
- Brzmi słodko.
- Bardzo namiętnie.
- Serce napuchnięte.
- Wybuch naszego wulkanu.
- Mych dłoni dotknij.
- Dotykam.
- Ucałuj moje kolano.
- Całuję mocno.
- Powiedz coś jeszcze. Powiedz tych kilka słów którymi mnie uwiodłeś,
tych słów kilka, które wzbudziło we mnie tą spontaniczność, tą potrzebę
kochania, gdzie bez żadnych ciętych analiz, bez gier trikowych, gdy
cię pokochałam i kiedy zrozumiałam, że nigdy nikogo tak samo nie pokocham.
- Pamiętam, że powiedziałem, że jesteś słodka, że jesteś jedwabiem,
zapachem magnolii, zapachem, którego nigdy przecież nie czułem, ale
w momencie zagłębienia się w twój kwiat poczułem ów jego zapach. Zapach
wymarzonej magnolii.
- Dotknij mojej piersi.
- Dotykam twojej nagiej piersi.
-Dotknij mych ust. Ucałuj.
- Całuję.
- Ułóż mnie w tym świecie gdzie zamiast ziemi ciemnej, po płatkach
róż stąpamy.
- W tym świecie tango z tobą wyczaruję, potem w walcu zatracimy
swoją całość, w rytmie rocknrolla kilka powstanie reakcji, by póżniej
odczynić uroki niewiasty i kochać ją mocno.
- Pokochaj mnie mocno.
- Pokocham cię mocno.
(Ściemnienie, bez żadnych erotycznych rewolucji, jedynie zacietrzewiona w tonie prastarym owa miłość, delikatna i piękna, koniec tej nierozbudowanej sceny.)
(Reszta tej historii nie wymaga ukazania, domyślcie się i pokochajcie.)
(Tytuł nie jest najlepszy, ale kiedyś powstanie, ten lepszy.)
koniec