Hello Hello witam cię niezbyt serdecznie ale tak mi się jawi
Hello Hello witam cię choć wokół tylko słonecznie i gniewnie jest ja śpię
Obudzę się
W tle tylko się obudzę
Tłem jestem kojarzy się
Mi się
Historia człowieka nazywał się zapisane na kartce słowa identyfikowały go społecznie
Numery zebrane w pręgierz odznaczały się kroplą krwi na opustce wewnątrz odcisku
W samym centrum palca wskazującego we wspomnieniu ostrzem stawnym się kierując
Łamiąca krew ciekliwy krzyk spojrzenie z przesytu gromkie w parafrazy szaleństwa
Znajduję się w miejscu tym do głowy tej zaglądam na policzkach tych wydymanych stek...ten z odartej skóry z mięsnej łzy z części egzaltowanej poprzez gniew zawarty w mej rozwydrzonej myśli która moczy się w stalowej beczce tuż nad tą kuchnią nawilżoną oleistą mazią prąd iskrzący w dźwiękach popękana żarówka bełkotliwy dosyt i moja maź co w głowie zastępuje myśl
Ta myśl
Tą myśl
Ta myśl
Poznacie mnie
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
(...)
staw
pełen destylacji
staw
kostna tkanka
szarpnięcie jej
wyziew egzaltacji
staw
wilgotny deszczówka po rynnie spływa do pół miednicy pod szerokątną
kluzą za mięśniem z profilu gdzie toczy się krew żółto jaskrawa
co w boga pozwala zmienić mnie nie czujesz mnie
nie widzisz mnie mój oddech w skórze twej nad uchem twym zamarza
w tle zabiję cię nie sądzisz
precz
staw
wyrwany
staw
płaczliwy
przeczący instynkt prąd odseparowany wykonywany z gestem ruch piorunującego prostaka
jakim się mniemam
ubolewam
w powietrzu rozpalone ogniska zapach sporządzony na ohydnej skwarze delektując się dymem skrytym w wrzaskach spontaniczna zażyłość nuda sprzeczność dyscyplina wybijany ząb zawracająca ślina język sterczący w pionie bez słowa w nim tylko krzywd nut sfora on zbezczeszczony sprofanowany identyfikowany z ludzką godnością wbijany gwóźdź w prącie cieknące białą masą mleka smak malutkie dziecko zza prawdy rozpalony lont i jeden wybuch
nazywał się...to byłem ja
zmarł z odseparowania...od tej zwykłej nie istniejącej ludzkości
przekrój strzałkowy powiek zaropiałych białek obleśnych oczu w
brązowym piekle
ciało tłuszczowe oczodołu zmarkotniało w przeczącym świetle i
oklask niemej publiczności
i żal przypieczętowany żałosnością
szpara powiek
mięsień dźwigacz powieki górnej
sklepienie dolnej spojówki
powierzchnia gładka
biała od schorzeń
czysta tylko skóra
powiek dolna
nieistniejąca
źrenica tęczówka rozżarzony trzon krągły spód wytargany z okultysty jego księgi księga nieczysta
kąt tęczówkowo rogówkowy
ów człowiek już nie istniał
mięsień okrężny
zero ekwiwalentne
jednobrzmiące
w powtórce już nieżywe
i raz
i dwa
i trzy
i cztery
i pięć
i sześć
i siedem
i osiem
i dziewięć
i dziesięć
witam cię witam tu jestem tylko mam łzy co proste i myśli bardziej celne
witam cię witam i miękka moja pierś kobieca tak wiem ta pierś prawdziwa
witam cię witam świta na zewnątrz a ja tutaj sama lekko rozebrana patrzę
tam gdzieś co widzę
co widzę smutek
samotną krew
jej kroplę
i ona w podwójnej mieniącej się postaci tląca się nad horyzontem zdarzeń w kilku retrospekcjach obrazy co nie precz zastąpiły uśmiech ciszę wydartą zamienia w rzeź twą łez rozpacz gniew szelest łuków brwiowych w kompetencji zgryz równy i prawy palec którego brak
na ziemi leżący kawałek
biała wymięta kość
zapraszający knur
liczba gości...których nie ma
umierasz lecz...lekko żyjesz
we mnie gdzieś
gry
zatarte szuflady
szachy na planszy czytelnicy zwolennicy substancjalnej miłości plastikowej żądzy z tworzywa miniaturowe drwa chrust mieniący się iskrzeniem potoczysty łuk tuż nad cieniem zeżarty trąd na stopie odcisk wypolerowany oko w tle na ziemi leży obce ciało nie własne przeleżane śliski swąd i słowa nie opisane
i ona
smutna gotówka przeliczona publiczna żona prywatnie kurwa pastwiąca się nietaktem matka stuletnich dzieci prywata wylizana z cnot zawalona chata zafajdany pogląd o nudności świata szmata z niej była powinna nie istnieć lecz była bóg opublikował ją w rzeczywistości spojrzawszy na krwawy osąd nie obytych w wiarę spowszedniał dzień i noc się ostudziła
umarła z braku światła...pół naga dziewczyna...komory sercowe bez szwów nie toczyły soków
i żyły na zewnątrz co poronione z butelkowych wyrobów o smaku młodszego cukierka wyrwanego z ziemnej konstrukcji...kochałem ją mocno
ją kochałem
tak mocno
nerwosol sporządzony studzący moje powabne odcienie stygnący w piekle czteroosobowy trybunał
schemat punktów akupunkturowych na małżowinie usznej
kanał śledziowy
odwlekany na późniejsze z surowiał na stałe
kanał pęcherza moczowego
spragniony odwodniony skostniały
kanał potrójnego ogrzewacza
sprowokowany zewsząd tylko głosy...sprowokowany do pęknięcia...umarły
nic nie słyszę igieł co sprowokowane zestawiły jej życiowy ból...przemieniając resztę w zamęt
cierpiała
krzyczała
nie słyszała szelestu małych rozwydrzonych i starczych
zginęła...nie wiedząc nawet o tym
jej imię bolące...to była ona
12345678910
właściwie byliśmy razem
kiedyś
tak razem
12345678910
pieczęć
wyliczanka
smutny to artysta
który ma dosyć
żegnam
koniec
To w górze jakby Bóg podpisał