"KIESZEŃ"

Karkołomny motyl zapodział się w kieszonce galotów bawełnianych kozim cielcem
W malutkiej szufladce szukał ciepłego miejsca
A mnie niepokoiły powolnie mijające godzinki

On nie umierał

Chciałem zabić dzisiaj precyzyjnie jedną istotę bo choć ludzkim zgarnąć chcę dojrzałość w szybkiej retrospekcji
Lecz ów retrospekcja się nie pojawia
Czas trwa nie zamierzenie oszpecając moją powolną strukturę
Już nie te kroki
Rytm usnął i stał się pokraczny
A ja chcąc nie chcąc potrzebowałem ofiary

Lecz bóg się pogniewał

Ten z mniejszej literki co w innej kieszonce mojej starszej niż ja marynarki stworzył sobie w pomieszczeniu świat tekturowych wyrobników
Bez ozdobników z przedziwną trawestacją co ów pojęcia nie mam na temat słowa
Nadprogramowo do rozwiniętego słowa
Papierowe ludziki
Co chwila pałętały się po moim pokoju
Gnębiąc przedmioty martwe
Mój obojczyk

Kieszonkę zaszyłem co w retrospekcji ukazało mi się z uśmiechem podniecającym

Uwięziłem boga

Pociecha dźwięczna z naparstków dźwięków bebeszących mych ust wnętrza i zewnętrza ścian popielatego z krat łóżka

Telefon
Dziewczęcy głos zaniepokoił mnie prosząc osobliwą postać ku odwiedzin
Sprawiając się na wprędce ukoiłem nagi tors ręcznie tkanym swetrem
Przymknąłem okna wpuszczające nieprzyzwoite tleny i azoty z przedmieścia
W uszach gumowe złudźce by dźwięki metropolii minimalnej nie uszkodziły kruchej i małostkowej idylli

Odwiedziłem żeński odpowiednik fatamorgany
Co widząc jej twarz niedowierzałem optyce
Zaczęło się od czułostkowych pejzaży w farbie mocząc poszczególne słowa tuzinkowe i przeciętne lecz w różach błękitnych nie potwierdzające mój nachalizm

Spytała się czy mam sumiasto pochodny przedmiot

Sięgając i zapominając o retrospekcji otworzyłem kieszonkę okrywających moją zaletę jedyną
Podszczypując w palec dwudziesty drugi z uśmiechem na przerzedzonych zębach motyl zadedykował mi wolność
I uciekł

Przez szparkę ścianki domowej ukruszonej spalinami przy autostradowej drogi

Koniec