"KOLEJNE SŁABE"

Satysfakcja uległa zakończonej smutnej nucie skromnej
Zwykła tylko radość zakończyła się szybko niemonotonnie
Pewien treściwy uśmiech który opuścił moje giętkie ciało
Zabawny rytm poruszający moim sercem lecz coś mnie powstrzymało

Obrazy

Wariacje
Mojego życia

Kawały które nabierały innego rozumienia

Wszystko to nie śmieszne

Wręcz nijakie

Słabe

Życie każdego mojego słowa nabrało okrutnego wyrazu
Moje niewinne egzystowanie nabrało kolorytu poczułem się winny
Odruchy dziecięce lekko cielęce zamieniły się miejscami od razu
Czyniąc ze mnie najmniej fascynującą istotę świata w ramach kpiny

W której mnie ulokowano

Gdzie mnie zabolało

Wcześniej bólu owego nie odczuwałem

Byłem wtedy słaby

Zbyt mocno przedstawiony gdy tłum gapiów nie przyjmował mojej wcześniejszej osoby
Dzisiaj jest inaczej
Na dłonie otwarte moje patrzą z nutką zachwytu
Gdy pięść tą zacisnę ich nacisk idzie na tajemnicę tą nieznaną
Złośliwe jęki barbarzyńskie wytatuowane srogim pomrukiem ich kułaki
Siłą zmierzchu słońca opadającego w bestialskim kolorycie zamieniają moje sekretności w telewizyjną chałturę
Stałem się nikim
Gburem
Człowiekiem który w swym snobistycznym życiu pojawił się na fali wznoszącej i choć wiele nie mogłem walczyłem
By w cień na nowo odejść
Inaczej nie mogłem

Z samotności do wolności
Z wolności do samotności
Bez przerwy to samo
Z wrażliwością na sercu
Z sercem bez wrażliwości
Z tonącą głębią
Z głębią tą na wierzchu
Od zawsze ze słowem tym samym
To boli
Powoli krwawię
Płaczę hałaśliwie
We łzach tych mniejszych tonę
Z tych większych rany tworzę
W nich odnajdując ślady
Mojej tu obecności
Więc mocniej płaczę
Bo boli


Z samotności do wolności
Z wolności do samotności
Z samotności do wolności
Z wolności do ciemności
Z ciemności do szarości
Z szarości do brutalności
Z brutalności do niewinności
Z niewinności do wolności
Z wolności donikąd

To właśnie tam są ułożone owe schody do nieba
To właśnie tam niezamierzeni dążymy by móc coś uzyskać
Pogrążeni na defiladach z otwartym wnętrzem co schlebia
Co schlebia nam owa nagość by móc nie chować się nie odrzucać
Nie odrzucać nie prawdą się zajmować pokazać to co gdzieś jest we wnętrzu
We wnętrzu gdzie nic nie ma

Gdzie nic nie ma
Gdzie nic nie ma
Gdzie nic nie ma
Gdzie nic nie ma
Gdzie nic nie ma

Pochlebia mi to że zyskałem zło
Pochlebia mi to że zgubiłem dobro
Pochlebia mi to że nic się nie zmieniło
Pochlebia mi to że ciągle w tym gorącym tyglu się rumienię
Pochlebia mi to że w swym własnym dziele odnajduję szczątki moje dawne
Pochlebia mi to że choć tego chcę to jednak nie pragnę
Zabieram co własne w łzach głośnych co proszą najmocniej
Zebrane wojsko jednookich bezkształtnych istot anielskich
Zebrane defilady nagich duszpasterzy bez dusz co wzrok mierzy
Zamieniane głoski słowa źle interpretowane pogubieni ludzie
Zbyt mile wyobrażeni
Za mocno irrealni
Za bardzo wypielęgnowani
Zbyt mocno utożsamieni
Za gęsto skosztowani
Bez przypraw
Bez prawych zieleni
Bez twardych szkarłatów
Bez złota co się mieni
W słońcu bez słońca w cieniu bez owego księżyca w świetle ciemnym
Po raz kolejny mówię coś o sobie za bardzo się staram
Tworzę zanikły przełom którym pokierować się nie mogę
Bez zmian życie swoje toczę w tajemniczym uśmiechu bez słowa
W powolnym rytmie nie proszę o uczty nie proszę o prawdy nie błagam
Z czasem tym kieszonkowym na prawym przegubie ruch wskazówek trwonię
Minuta przemijająca sekunda niezauważona chwila co krótka zagubiona
Zagadnienia które poruszam nie zawsze są konkretne lecz jakby nie chcę wytłumaczenia
Prowadzę własny tryb życia z nutką owego uniesienia z cząstką tam mi potrzebnego cierpienia
Z uśmiechem na ustach
Ze łzą w spojrzeniu
Z biernym zachowaniem się
Zebrani tu
Co patrzą
Zebrani tu
Co nie podziwiają
Z otwartą dłonią
Z zaciśniętą pięścią
Wygadany
Zbyt smutny by coś powiedzieć
Bez słów do powiedzenia

Nie pragnę
Pragnę

Nie trwonię
Trwonię

Zmieniam się
Nie zmieniam

Ciągle to drugie

Po czym kurtyna opada z głębi słysząc oklaski

koniec