"Koślawy w prężnej posturce"

Lubię twój uśmiech co nieskomplikowany nie komplikuje mi słów
Uśmiech co łzy zaciera snujące się w zmyślnych wspomnieniach
A resztki profanacji uciekają przed moją zadrą w sercu

Drewniany malutki kawałek

Koślawy w prężnej posturce

Zadający mi ponury rumsztyk

W gardle wyrytym przez elementy grzeszne gorące i zimne z podniebienia odchodząca skórka i biel zębów...
Co niknie
Lata na moich dłoniach zamieniają się w linie jak pniak drzewa ułożony do stosu czekam na ten przywilej...
Przywilej śmierci

Łaskocze w stopę
Dyryguje struny
Głosy poprzewracane docierają do usznych
I mgły I cztery koślawe udka I żołądek gdzie trutnia uspokaja moje ślepe nerwy
Mięśnie poskręcane wariują w stadninach dzikie wierzchy galopujące po krótkich chwilach
I nozdrza co z powietrza czynią mi narkotyk bez żadnej analogii oddech skracający mi życie

I bóg
Którego mi dosyt powoduje czkawkę
Nieruchomy przytykam usta i nie dziękuję
Lekko jestem dumny stojąc przed najwyższym...wymiotuję

Lubię cię nie musisz mnie słuchać co jakiś czas jednak się starasz
Widzę twoje oczy jaskrawe od zerkających w nie źrenice własne
Patrzę
Na ciebie gdzie jesteś co robisz co czynisz gdzie warstwy zmieniają się w ciasne
Coraz ich więcej
Odczuć uczuć ślepych miłości

Patrzę ci w oczy tylko nie milknę co jakiś czas umykam przed zlepkiem kłębów

Dym z otworu brzusznego
Niemiły w kształcie w oddechu nie ujmujący
Kipiący antrykot na gorącym krętym podeście
W cieście zatopiony słynny słowotok umyślny
Kochanie miłowanie oddawanie kału całowanie

Bez różnicy
Zastrzyk wbity w nerkę pobieranie płynów kilka analiz odkształcona myśl i zmora
Widzę potwora Przed sobą Co z tego że kocham Moja miłość jest chora Nie gotowa
I uciekam
We wspomnieniu konając tym że już...koniec