"Metaforeczki"

Dwojga ludzi rozmowa - miejsce akcji - prom.

Typowe morskie polskie molo, drewniana kładka długa na kilkanaście metrów, choć nie znam rzeczywistości występowania tych miejsc w naszym małym kraju i nie znam prawdziwych realiów owej historii zrodzonej w mojej, wciąż pustej, głowie to jednak napiszę rzecz, dla mnie w zupełności zrozumiałą.
Być może ktoś się uśmieje, być może ktoś wszystkie aspekty mojej powieści uzna za prześmieszne, wręcz za głupotę, słowa czy tak zwane tętniące spokojem banialuki, ale ja jako początkujący pisarz, w szczególności amator, wykonam to, co kreuje się w mojej głowie, czyli opowieść o młodej osobie i osobie samotnej, o człowieku z natury łagodnym i postaci walczącej o swoje zaszczytne ideały z tajemnicą wewnątrz czystej i młodej, delikatnej osóbki. Z tym wszystkim jednak wkrótce, zaraz, po chwili nijakich przemyśleń, długo czekać nie będziecie.
Prom, statek, czy jak kto woli maszyna pływająca, nie znam inteligentnej nazwy owej maszynerii, pomimo iż jestem z wykształcenia technikiem, a więc przepraszam tych, którzy poczuli się niezaspokojeni, i techników, których z pewnością obraziłem.
Na ów wehikuł, po malutkim, drewnianym, grzechoczącym mostku kroczą chętne ludziki o różnej opasanej grubym wątkiem historii, ludzie marzący o jakiejś przygodzie, ludzie załatwiający swoje typowe lub nietypowe interesy, małe dzieciątka ze swoimi nudnymi opiekunami, syn z kochającą matką, on trochę się boi, nigdy nie był na takim pojeździe, więc z nieufnością patrzy na swoją sytuację w chwili obecnej, nogi się trzęsą, ręce lekko ugięte przy kruchym ciele, matka go pociesza, daje mu rady, tą malutką istotkę wtula w swój kobiecy organizm, postacie niby z filmu fabularnego przeniesieni w świat nasz rzeczywisty.
Mężczyzna z kobietą patrzą sobie w oczy zarówno z ufnością jak i radością, którą tylko tych dwoje jest w stanie opisać, być może miłość to... Aczkolwiek nie jestem najlepszym psychologiem, owej miłości nie doświadczyłem.
Widzimy chłopaka, młodego, dwudziesto kilku letniego młodzieńca spoglądającego za siebie na swoją starszą już mamę, podnosi otwartą dłoń do góry i lekko się uśmiecha, jakby mówił, że będzie dobrze, ona wzruszona odwdzięcza się synowi podobnym gestem, jej twarzyczka lekko zaniepokojona, syn po raz pierwszy sam, bez niej, obserwuje jak młodzieniec ów przeistacza się w mężczyznę, w dorosłego człowieka o zdaniu swoim i swoich poglądach, pełen zasad i pragnień, ona jest dumna, on zapewne będzie tęsknić, kocha swoją mamę tak jak ta starsza kobieta kocha swojego dorosłego syna.
Dostrzegam też dziewczynę, nie jest sama, obok niej rodzice, ojciec, człowiek pełen zasad, twardy w swym pojmowaniu świata, matka, kobieta również silna, być może, dlatego częste kłótnie rozgrywają się pomiędzy tymi dwoma osóbkami, razem z nimi dziewczyna młoda, z natury buntowniczka, niedojrzała nastolatka widząca czarne barwy otaczającej ją rzeczywistości, bo wszystko, co wokół, jest jakby dla niej niezrozumiałe, świat niepojętych reguł i zasad, które należy respektować. Lecz ona się nie godzi. Walczy, a jednak znalazła się tu „razem ze swoimi staruszkami”. Tak by pewnie powiedziała nasza bohaterka. Staruszkami.
Nienawidzi ich częstych kłótni, konfliktów powodowanych błahymi powodami. Znowu wszyscy są razem, ta podróż ma coś zmienić. Lecz czy tak się stanie. Nie wiem.
Wszyscy są już na miejscu, spoglądają na ląd, który powoli się oddala, jedni obserwują swoich najbliższych, unoszą swoje dłonie i lekko łamią powietrze oczekując tego samego od postaci tamtych, oddalonych, od osób, których przez jakiś czas nie będą mogli spotkać, ujrzeć. Łzy radości jak i smutku, ktoś cieszy się z odjazdu, ktoś szybko umyka do wnętrza statku nie wytrzymując zimowej aury i wietrzyku wiejącego od strony morza, ktoś nie wytrzymuje emocji, ktoś nie posiadający już potrzebnych resztek sił wybucha płaczem.
Morskie powietrze, lodowate w oddechu zniechęca podróżnych do podziwiania dalekich krajobrazów, nie pozwala na poczucie tej wolności, tego uczucia niezależności, będąc w oddali od tych wszystkich problemów, tych wszystkich animozji i perwersyjnych pomysłów, których świat tak wymaga od nas, inni tkwią wciąż w swojej niedalekiej przeszłości, wspominając najmniejsze nic tak naprawdę nie znaczące słowa, dla nich znaczące bardzo wiele. Więc jak to jest z tym wszystkim? Nie wiem. Odpowiedź tkwi we mnie bardzo głęboko, jest dalej niż moja wyobraźnia stara się osiągnąć, a więc nie stwierdzę nic nadzwyczajnego i przejdę do kolejnego akapitu.
Prom ten nie jest wielkim pojazdem, czy też statkiem. Typowa budowa, typowy kolor, typowe wrażenie zewnętrzne, jak na pocztówce kupionej w gdańskim empiku, właściwie kiosku by móc poprawić swoją polszczyznę. Biały pojazd, opływowe kształty, dźwięki pracującego silnika, dolny pokład i górne miejsce, gdzie ludziki oparte o barierki karmią nadlatujące zewsząd mewy.
Dolny pokład, ludzików malutko, wszystkie postacie uciekły do wnętrza tego statku, gdzie ciepłe miejsce pozwala im zapomnieć o tym solidnym chłodzie. Ciepła zupka powoli ogrzewa zamarznięte ciała, krew szybciej zaczyna płynąć i serce, którego uderzenia są już regularne. Dostrzegam młodego chłopczyka siedzącego przy stoliku, naprzeciw jego osoby kaszląca, starsza kobiecina, w jej starej już dłoni jest metalowa łyżeczka, która powoli zbliża się do ust tego młodego człowieczka, lekki dymek miesza się z powietrzem tego miejsca, wnuk powoli otwiera usta i smakuje ciecz gorącą w swoim smaku. Babcina się uśmiecha, jakby stara się z motywować swoją dziecinkę. Chłopaczek się broni, ale jednak starania jego babci stają się korzystne dla tego młodzieniaszka.
Dziewczyna właściwie traci już panowanie nad sobą, nie może znieść decyzji swoich staruszków, którzy zmusili ją do tego wyjazdu.
- Już nie mogę. - Stwierdziła miła blondynka patrząc w oczy swojemu tacie, w spokojnym tempie.
- Czego nie możesz? Dopiero wyjechaliśmy. Masz tu siedzieć i czekać na koniec tej podróży. - Mocnym głosem, po cichu mężczyzna potraktował swoją córeczkę.
- Ale ja już nie mogę wytrzymać w całym tym tłoku. Tu jest okropnie duszno. - Odpowiedziała wcale nie gorszym tonem.
- Słuchaj się ojca. Co zrobisz? Przecież nigdzie nie wyjdziesz, na zewnątrz jest bardzo zimno. Jeszcze się przeziębisz. - To matka. Prawda, że ci starzy są okropnie upierdliwi, ale tak naprawdę nie mi oceniać. A więc dalej.
- Pieprzcie się. Nie będziecie mi mówili, co mam robić. Mam szesnaście lat i jestem dorosła. - Mocne słowa dziewuszki, wszystko wciąż rozegrane z cicha.
- Nie mów do nas takimi słowami. Nie mam zamiaru słuchać ciebie i tych twoich głupot. Masz tu siedzieć z nami. - Widzimy, że atmosfera w tej rodzince nie jest najlepsza, zapewne, dlatego dziecko owe ma zapędy buntownicze.
- Masz się uspokoić. Ludzie na nas patrzą? - Dodała do słów staruszka kochana, ujęta w cudzysłowie, mamuśka.
Dziewczyna wstała i spojrzała na swoich kochanych staruszków, widzimy w jej oczach wściekłość, w tak malutkiej osóbce jest tyle nienawiści, właściwie bólu, rozpaczy. Patrzy im w oczy, Ojciec stara się nie unosić swojej głowy, nie chce spojrzeć w oczy swej maluczkiej, nie chce kolejnych bolących słów, kolejnych kłótni, on też ma tego dosyć, starał się wychować swoją córkę najlepiej jak mógł, niestety, coś się nie udało, gdzieś popełnił błąd. Matka zbulwersowana zachowaniem swojej rodzonej wstaje na swoich zgrabnych, odkrytych nóżkach i patrzy na swoją córkę w sposób bardzo wymowny. Nie ma żadnych słów, żadnego mocnego dźwięku, żadnych groźnych i ciężkich zdanek. Dziewczyna nie wytrzymuje.
- Nie chciałam z wami tam jechać. Zabraliście mnie tutaj, tylko, dlatego, że było wam tam źle. - Odrzekła dziewczyna w kierunku swoich starszawych opiekunów, śląc słowa w spokojniejszym tonie.
- Nigdzie nie będzie wam dobrze. Bez przerwy coś wam się nie podoba. Macie mi za złe, że się urodziłam? Że nie jestem taką dobrą córeczką, którą sobie wymarzyliście w swoich głupawych wyobrażeniach? Zostawcie mnie w spokoju. - Dziewczyna jest naprawdę wściekła, łzy w jej oczach ukazują wielki ładunek emocjonalny w młodzieńczej istotce, który wprost eksplodował w obecnej chwili. Po delikatnych policzkach małe, krystaliczne krople lekko opadają uderzając o pokład, włosy opadają na jej mocno skrzywione czółko, usta lekko wydęte do przodu, moc zdenerwowania odznacza się na jej prześlicznej twarzyczce, zielone oczka jakby zadają komuś pytanie, jakby pragną odpowiedzi, tej nutki zrozumienia, melodii akceptacji, muzyki przewodniej ku przyjaznemu światku. Mamuśka zdenerwowana zachowaniem swojej córeczki ze zgrozą patrzy na swoją podopieczną, nie rozumie lub też nie chce zrozumieć, być może to za trudne, być może zbyt ciężkie uczucie, by móc je zaaprobować, uznać w swoim mniemaniu.
- Nie patrz tak na mnie! Nic ci nie zrobiłam a ty wciąż mnie za coś winisz, wciąż krytykujesz! Wystawiasz wytyczne, według których muszę tobie podlegać! Zrób to tak, zrób inaczej! Czym wam zawiniłam? Mam już tego dosyć! - Zrozpaczona, młoda osóbka, niewinna postać jakby wyjęta z malunku największego artysty, rysy dość szczególnie rozpoznawalne, zaś linie wzbudzające prawdziwy zachwyt, postać wręcz cudowna, tak jakbym ujrzał zachód słońca stojąc na rozgrzanym piasku morskiego brzegu, jakbym ujrzał zielone doliny powoli umykające sprzed moich ocząt, lecz nie znikające z mojego wyobrażenia o tym całym świecie, taka to była dziewczyna.
Pełna jednak bólu, rozpaczy, zmęczenia.
Matka uderzyła swoją rodzoną córeczkę otwartą dłonią dotykając delikatnego policzka ukochanej córuchny. Ta kobieta, wciąż jeszcze wzbudzająca zachwyt wśród męskiej publiczności w swojej pamięci wciąż posiada ten obraz malutkiego i niewinnego dziecka, dziecka wtulonego w jej matczyne ciało, noworodka ssącego pokarm z matczynej piersi, niemowlę, które dorosło, które zmieniało się przez te wszystkie lata, kiedy matka opatrywała obtarte kolanko swojego dziecka, kiedy pocieszało swoje malutkie niewiniątko, kiedy mówiła tej dziecinie o swojej miłości. Jednak wszystko się jakby zmieniło. Nawet nie wiadomo, kiedy, w którym momencie, w której chwili.
Być może dzisiaj.
Ona wybiegła. Kobiecina postawiła krok w kierunku swojej dzieciny, ale przystanęła, jakby zrozpaczona, jakby bezsilna. Ojciec nie reagował. Siedział na swoim krzesełku i podziwiał widok zza okna się malujący, na fale bijące o stalową budowę owego stateczku, na oddalający się brzeg. Nie miał siły, czuł się winny, lecz jakby uznał, że jest już za późno.
Ona otworzyła drzwi, zimno zewnętrznego światka lekko ją wepchnęło ponownie do środka, jednak nie poddała się i przekroczyła tą granicę, nie zważała na niczym nie zrozumiałe wpatrzone w jej postać oczy obcych jej ludzi. Zimne powietrze wdarło się przez jej nozdrza do wnętrza tej nieskalanej dorosłością osóbki. Poczuła ukłucie w lewym boku, po czym postawiła pierwszy krok ku barierce i spojrzała na morze, które spokojnie otulało ten statek. Jej włosy tańczyły w powietrzu, oczy lekko załzawione, niby uczuciem, niby zimnym wiatrem. Rozmyślała, zastanawiała się, wizja przyszłości trochę ją niepokoiła, lecz gdzieś wewnątrz swojej myśli dostrzegała sens całej tej wyprawy, pomyślała sobie, że tak zapewne będzie najlepiej. Może jej rodzice mają rację.
Ona nie wie.
Wpatrzona w dal rozmyśla, kształtuje nowe obrazy, wyobraźnia brnie w najdalsze rejony wewnętrznego swojego świata, wspomina stare czasy, kiedy śmiała się ze swoim tatkiem, kiedy razem ze swoją mamcią dyskutowały razem na swoje tematy, tematy kobiece.
Na pokładzie tego stateczku jest bardzo pusto, właściwie nie dostrzegamy żadnej żywej istoty, żadnej postaci realnej w swoim istnieniu. Ławeczki drewniane wypełnione samotnością całkowitej pustki, zapach świeżego powietrza, ryk płaczących mew, dźwięk uderzających o powietrze ich skrzydeł.
Pustka. Jest sama, razem ze swoimi kłopotami, wspomnieniami, starymi opowieściami, historiami.
W oddali dostrzega mężczyznę, młodego człowieczka siedzącego sobie na ławeczce, wokół żadnej żywej istotki, tylko on.
Ona podchodzi do ławeczki i siada na niej, obok niego. Przed nimi obraz oddalającego się lądu, jeszcze daleko nie wypłynęli, przed nimi rysował się wizerunek zielonego kontynentu, widok odjeżdżających samochodów, obraz życia tętniącego zapewne swoim jeszcze starym bytowaniem.
On jest postawnym facecikiem, ubranym dość lekko jak na te okoliczności, czarny sweterek, odkryta głowica, z której długie włosy szybują sobie w powietrzu. Jego twarz nijaka, rozluźnione mięśnie polików, czułka, oczy jakby nieżywe, ale iskrzące dziwną energią, oślepione światłem słońca, którego promienie przenikają przez białe, rzadko na niebie tym pojawiające się cumulusy. Jest raczej dziwaczny, nasz bohater, aczkolwiek przyjemny w dostrzeżeniu, w zauważeniu.
Zdziwił się. Obok niego znalazła się piękna dziewczyna, urocza w swoim istnieniu, byciu. On ją postrzegł, jej oczy gdzieś w dali, jakby nie reagują na jego obecność, on spogląda na pokład, żadnej żywej duszyczki, tylko oni, oboje, razem, on przy niej, ona obok niego, on zastanawia się, dlaczego właśnie przy nim, w tym miejscu, w dali puste ławeczki, gdzie chwila samotności na pewno nie byłaby zmącona, przerwana, po czym pomyślał sobie, że nie ma czym się przemęczać, niepokoić, czy jak kto woli. On w swoim świecie, ona w swojej krainie, pełnej życia, on w swoim miejscu wewnętrznych spostrzeżeń, ona w swej dali nietkniętej przez daną istotę, tam gdzie nikt z nas nie będzie mógł się znaleźć.
Cisza.
Brak żadnych oznak życia.
Oczęta tętniące energią, osobistą, własną.
Ona jest spoko dziewczyną, lubianą przez swoje towarzycho, postrzegana jako luzacka paniena, której nie należy się ani bać, ani unikać. Dla wielu jest to super przyjaciółka, z którą można porozmawiać na różne tematy, której można się zwierzyć, podarować coś od serca wiedząc, że ów słowa, tajemnice, problemiska wyjęte z najwyższych półek, nigdy nie ujrzą dziennego światka. Tak chyba to brzmi. Nie wiem. Nie mam pojęcia. Jest wysoką dziewczyną, błękitne dżinsy opinają jej długie nóżki, zielony kolor ciepłego płaszczyku podkreśla kolor jej cudownych, ośmielę się stwierdzić, ocząt. Twarz, właściwie trudno mi opisać owe zjawisko, jakby wycięta z okładki magazynu mody poświęconego zakompleksionym nastolatkom. Rzec można dziewczyna wspaniała, Anioł jakby zamieszkały na tej smutnej planecie, wyjątek budzący w naszych serduszkach nutkę tego potrzebnego optymizmu, na mojej buźce radość odznaczona, lecz mnie tam nie ma.
Być może kłamię.
Nie ważne.
Ona jest smutna.
On jest normalnie nastawiony. W chwili tej obecnej, teraz, stwierdzić można w tym momencie, jest spokojny, refleksyjny, wyciszony i tak dalej, jak kto woli, chce lub też pragnie. Co jedynie myśl jego lekko jest przejęta obecnością naszej koleżanki.
Co się stanie?
Czy może oni?.. Ona i on. Czy może oni?..

- Spoglądam sobie na tą dal i jest mi dobrze, lekko przytłumiony, oszołomiony, ale jednak jest mi dobrze z tego powodu, że wreszcie jestem gdzieś w innym miejscu. Nikt mi nie mówi, jak jest, jak mam postrzegać swoją własną rzeczywistość. Jestem w takim swoim świecie. - On wypowiedział te oto kilka słów. Ona jakby na to czekała, ale na jej twarzyczce dostrzegamy grymas zdziwienia, spojrzała na jego zarys, on wciąż jakby nieobecny z tym swoim półuśmieszkiem, wyluzowany człowieczek patrzący na powoli oddalający się stary świat.

- Spoglądam na to wszystko z pewnym uczuciem niedosytu. Pomyślałem sobie, że pozostawiłem rzeczy do końca w jakiś sposób niewykonane. Nie zrobiłem czegoś, z kimś nie porozmawiałem, nie przedyskutowałem najważniejszych spraw. Pożegnawszy się być może nie przeprosiłem tego kogoś, za coś, co źle zrobiłem, być może w moich ostatnich słówkach za mało było goryczy, tęsknoty? Być może. Jednak jest mi dobrze z tym, co mi pozostało i wiem, że to, co doświadczyłem w żaden sposób nie zepsuło mnie, nie zniszczyło. - Wciąż patrzy w dal.

- Piękny widok. Jest tak inaczej. Być może bardziej wzniośle. Być może lepiej. Lekko na duszyczce a w serduszku jakby niekonwencjonalnie. Czuję się wolny. - W jego słowach czuć było tą wzniosłość, ten optymizm ukryty gdzieś w jego wnętrzu.

On - Wolność jest ładną rzeczą, ktoś stwierdzi zjawiskiem, ktoś rzeknie słów kilka o uczuciu najpiękniejszym, ja twierdzę „ładną rzeczą”. Twoja otwarta dłoń nie musi przyjmować żadnych obcych sobie elementów, żadnych niesprawdzonych materiałów, żadnych ideałów wzniosłych niczym waląca się ze starości historyczna twierdza, opisana w legendach pijackich kilku nieudolnych pisarzy. Jesteś wolny w swoich przekonaniach, w swoich obrazach lekko jawiących się w twojej już wypoczętej i nietykalnej sprzecznościami główce. Nie wiem, kim jesteś. Nie wiem jak masz na imię. Nie wiem jak mam do ciebie się zwracać, jak do ciebie mówić. Wiem tylko, że nie znamy się, że zapewne nie masz ochoty na chwilkę rozmowy, na chwilkę wysłuchania moich lekko powstałych myślątek, że chcesz być zapewne sama w swojej mrocznej krainie. Nie zrozum mnie źle. Mrocznej, dlatego tylko, że w twojej. Nie mam prawa, nie powinienem, ale gdzieś w moim wnętrzu narodziła się ochota na te oto kilka słów, które tobie podarowałem. W niczym ci nie pomogę, w niczym cię nie utwierdzę, choćby w jakimkolwiek przekonaniu, nie powiem jak powinnaś postępować, jak powinnaś reagować w takiej też czy innej sytuacji. Dla ciebie jestem nikim i się z tego powodu nie gniewam.
No cóż, wiem, że ów słówka są trochę głupiutkie, ale pozwólcie młodemu to też pisarzowi ponieść się słowom zaległym w jego główce, a więc kontynuujmy, ja być może się jeszcze wtrącę, może jeszcze wypowiem kilka swoich słówek a wy wczytujcie się w owe dialogi i w owe zdania rozwinięte w przypływie niknących momentów, nie pisząc o miłości czy o czymś innym, pisząc od siebie, więc podążajmy dalej, czytajcie i wgłębiajcie się, co najwyżej proszę, ale jeżeli dotarliście tak daleko było, więc warto.

Ona - Nie powiem ci jak mam na imię. Nie zrozum mnie źle, ale nie chcę być nazywana, opisywana, nie chcę, aby ktoś dyskutował na temat mojej osoby.

On - Nie pragnę tych słów. Rozumiem i w sposób sobie szczególny przyjmuję twoje postanowienie.

Ona - W sposób sobie szczególny?

On - Na luzie. Bez uwag. Bez gadaniny na temat jakiejś tam kultury bezdusznego zachowania innych nam podobnych postaci..

Ona - Dziwny jesteś.

On - Traktuje to jako komplement. Choć nie musisz tego uważać tego jako kolejną dziwotkę mojego usposobienia. Komplement, tak myślę, miło mi właściwie usłyszeć takie słowa, choć kiedyś i czasami określano mnie innymi synonimami.

Ona - Metaforami.

On - Jeszcze tak źle chyba nie było, ale można to też ująć w ten oto sposób. Wyobraź sobie sytuację, kiedy ktoś każdą twoją czynność określa przydawką ujętą pod orzeczeniem. Jeżeli mówię niezrozumiałym językiem to popraw mnie lub karz przestać.

Ona - Wiem, o czym mówisz. Przerabialiśmy to w szkole.

On - Uczysz się jeszcze? Wybacz, że pytam, ale nie wyglądasz na taką, która się jeszcze kształci, troszkę tryska od ciebie jakimś inteligentnym spojrzeniem.

Ona - Właściwie wiele się nie mylisz. Jadę na studia. Do Szwecji. Zdałam jakiś głupi i przełatwy egzamin, więc postanowili mnie posłać na dobry uniwersytet. Jak widzisz jestem wersją nazbyt wyidealizowanej nastolatki, której życie toczy się w za bardzo przyśpieszonym tempie.

On - Nie widzę zadowolenia w twoim zachowaniu.

Ona - Właściwie nie chcę się przeprowadzać, pokłóciłam się nawet z rodzicami, którzy jakby mnie zmusili do tego wyjazdu, ale staram się jak mogę, troszkę jestem podłamana, troszkę załamana, troszkę zezłoszczona.

On - Obiecaj mi, że ów swojej złości nie podarujesz mi.

Ona - Nie chcesz stać się beneficjantem? - Z uśmiechem dodała oto te słówka

On - Wybacz, ale nie. Jak wspomniałem ci wcześniej jestem w stanie lekkiego odprężenia, więc nie pomogę ci? Stanowimy pewnego rodzaju przeciwieństwa, pewnego rodzaju oddalone od siebie postacie, nie tylko charakterologicznie, ale chyba w ogóle, więc ów twoja złość w sposób żaden mi nie pomoże.

Ona - Osłabi?

On - Już bardziej osłabić nie może.

Ona - Nie rozumiem.

On - Bo to w ogóle dziwne jest. Tak jakby to, co mnie mierzi, w sposób jakiś odpowiedni wprawia mnie w melancholie, w pewnego rodzaju intelektualną zabawę, myślowy konflikt pomiędzy mną pierwszym a moim drugim ja i chociaż brzmi to niedorzecznie w ten sposób jestem to w stanie wytłumaczyć. Koniec. Nie wiem czy powinienem kontynuować.

Ona - Słyszałam o czymś takim. To tak jakbyś odnalazł w sobie własne ego, może inaczej, bo jakby pomyliłam pojęcia, odnalazłeś właściwie swoją przeciwność, ale w sposób jakiś odpowiedni, jakby szalony, bliską twojej osobowości.

On - Zaraz pojawi się na mojej postaci etykietka wariata o podwójnej umysłowości szukającego pewnego rodzaju źródła własnego problemu, postaci wykreowanej przez moje własne ja podążającej gdzieś daleko do dziwnej krainki osobności, pewnego rodzaju samotności. Czyli schizofrenik, ale ja tak naprawdę nie jestem kimś takim. Po prostu sam sobie zadaję we własnym wnętrzu pewnego rodzaju pytanie i pewnego rodzaju następuje już gdzieś głębiej odpowiedź, zwarta formułka słówek, zdań i tak dalej.

Ona - To nie jest szalone ani wariackie, po prostu doszedłeś z sobą samym do porządku. Jesteś w stanie odnaleźć swoje zen.

On - Już pogubiłem się. Już nie wiem, o czym tak naprawdę rozmawiamy. Ze spraw rzeczywistych sięgamy do jakiejś religii czy coś.

Ona - Bo to miał być żart.

On - Przepraszam, ale twoja poważna mina troszkę zgubiła mnie z tropu. Widzę jednak, że ów mina wciąż nie jest jakby inna, wciąż nie wygląda to na żart.

Ona - Bo jakby zrozumiałam, że troszkę źle postąpiłam z ostatnią swoją wypowiedzią, bo przecież ty mówisz o rzeczach poważnych a ja chciałam twoje postrzeżenie zakończyć formułką wywołującą efekt śmiechu czy innego rodzaju złudną reakcję...

On - To jest dziwne troszkę, troszkę lub zanadto i jak zauważyłaś uśmiechnąłem się i jakby nie przepraszaj, bo pewnie ów ta myśl przemknęła przez twoją delikatną, powtórzę się myśl.

Ona - Moje inne ego.

On - Twoje zen.

Ona - Taichi. - W owych słownych potyczkach pojawiła się dziwna współzależność bliskich sobie ciałek. Jej złość, choć jeszcze roniła się w oczach jakby umknęła na boczek, on jak zwykle zamyślony i przenikliwy, a na ich twarzyczkach uśmiechy ciekawości, nie naznaczone odczucie ujęte frazą przejrzystości, spokojne spojrzenia i ląd coraz dalej niknący sprzed ich oczu. Rozmawiają.

Ona - Dziwny jesteś.

On - Wiem. Od urodzenia byłem jakiś takiś. Byłem niby dziwnym człowieczkiem poczętym nie z przypadku, lecz z przyczyny, lecz ów swojej „poradności” w sytuacjach najcelniej oddających moją dziwaczność nie udowodniłem. Źle mnie nie zrozum, w żaden sposób nie interpretuj tych moich sformułowań, bo to do niczego nie doprowadzi. Nic w tym się nie narodzi.

Ona - Czyli kolejne przejście. Radosna jeszcze inscenizacja przemieniła się w smutny obrazek.

On - Nie o to chodzi w tej sztuce, nie jest to opowieść o tym, że będziemy postrzegani jako bohaterowie wzniośli czy też dojrzali. Ja mam tylko dwadzieścia dwa lata ty osiemnaście...

Ona - Skąd wiesz, że mam lat osiemnaście?

On - Przeczytałem w scenariuszu. - I na jego twarzyczce pojawił się dziwny uśmieszek.

Ona - Czyli znów powracamy do chwili ujętej tym serdecznym gestem?

On - Po prostu chciałem abyś się uśmiechnęła.

Ona - Udało się, ale wciąż nie jestem pewna twojej uwagi, jeżeli chodzi o wiek? Skąd wiesz?

On - Tak naprawdę to strzelałem. Wyglądasz na osobę bardziej dorosłą, nie będę tutaj zbliżał się do ostatecznego wyniku, który przedstawił mi się w głowie, bo mógłbym ciebie urazić. A z tą osiemnastką to strzelałem (od narratora – On miał na myśli tą słynną pioseneczkę Billy’ego Idola, ale nieważka, kto by ją jeszcze dzisiaj pamiętał, chociaż tam była szesnastka słodka, dziś poczynię, w moim tępym wyobrażeniu, słodką osiemnastkę). Nie martw się. Z uśmiechem ci do twarzy. Może właśnie ten geścik na twojej facjacie popchnął mnie ku temu stwierdzeniu i nie traktuj mych słów poważnie, ale częściej powinnaś się uśmiechać, bo ów czynnik w sposób szczególny cię odmładza.

Ona - Dziwny jesteś. Być może wpływ tej rozmowy na moją osóbkę będzie miał taki pozytywny podszept, ale jeszcze nie jesteś tak blisko.

On - Ale przyznać musisz, że zbliżam się do tego.

Ona - Może i tak, ale nie jesteś tak blisko jak ci się wydaje.

On - I choć na twarzy tej posmutniałem, ujrzałem światełko w tunelu, na jego końcu, i coś w myśli mi podpowiedziało, „Pociesz ją Słonko”. I jakby światełko zgasło, ale w główce pozostał ten właśnie szczegół.

Ona - Jaki to też szczególik?

On - Uśmiechnij się a zrozumiesz.

Ona - I się uśmiechnęłam, spojrzałam na twarz mojego towarzysza, lecz ów przyczyny nie postrzegłam, być może się myliłam, lecz w oczach mych obraz, co nie kłamał.

On - I wciąż jesteś blisko, bo ów dusza mi się śmieje.

Ona - Dziwny jesteś odrzekłam powodując lekkie zatrzęsienie w pałacu najwyższym swojego towarzysza, który jakby bał się przyznać mi rację.

On - Lecz towarzysz odrzekł „Ty się nie śmiejesz”.

Ona - Ależ śmieję się, w swoim czystym duchu.

On - Dziwny jestem?

Ona - Dziwny jesteś bardzo, ale nie traktuj moich słów w sposób ogólny czy nijaki.

On - Ależ traktuję twoje słowa jako pewnego rodzaju zapewnienie, że ów jest to komplement. Być może się mylę, ale w środku rodzi się naznaczenie. Komplement?

Ona - W moich słowach miało to brzmieć jak komplement.

On - Ty też dziwna jesteś.

Ona - Dziękuję.

On - Nie dziękuj. To ja ci podziękuję.

Ona - Dziękuję. - Już uśmieszek nabiera mocniejszej barwy.

On - Dziękuję.

Ona - Proszę.

On - Zielone oczęta.

Ona - Niestety. Mam nadzieję, że w żaden sposób nie zepsułam ci dnia takim oto też widoczkiem.

On - Nie. Tego dnia raczej nic mi nie zepsuje.

Ona - Dlaczego.

On - Za dobrze mi w obecnej sytuacji, i jestem w stanie nie przyjmować do siebie nie pochlebnych mojej osobie dźwięków i obrazów, to wszystko gdzieś się umywa. Jest mi za dobrze, aby móc się czymś denerwować, czymś irytować, w czymś się zagłębiać. Nie ma, po co. Poza tym twoje zielone oczątka uspokajają moją osobę jeszcze bardziej, pozwalają jeszcze bardziej zagłębić się w stan mojej pięknej wolności.

Ona - Raz jeszcze proszę. Nie musisz dziękować. Dziwnie się czuję przy tobie, nawet cię nie znam i nie wiem, jakim jesteś człowiekiem. Nie wiem, czego chcesz ode mnie.

On - Czy wyglądam na kogoś, kto potrzebuje od ciebie tego czegoś, nie wiem, czegoś szczególnego, czegoś niezwykłego, czy ja na takiego wyglądam? Chyba nie. Po troszku się tylko zdziwiłem, że usiadłaś obok mnie. Spójrz ile dookoła pustych drewnianych lekko wilgotnych od całej tej bryzy ławeczek a ty akurat wybrałaś to miejsce, tuż obok mnie.

Ona - Jesteś blisko odpowiedzi.

On - Ciepło czy gorąco.

Ona - Na pewno nie wilgotno. - Uśmiechnięte, ujęte tym samym wyrazem obie buzie, ale to tylko grymas maluje się na ich delikatnych i młodych twarzyczkach, żadnych głośnych dźwięków, co jedynie malutki dźwięk poruszanych ust wyginających się w tym całym pełnym wyobraźni świecie ludzkiej lub też artystycznej bohemy i żeby się nie pogubić pociągnę dalej.

On - Chciałaś z kimś porozmawiać? - Zapytał serdecznie, ich oczęta spotykają się w odpowiednim momencie na tej samej drodze, kiedy on widzi jej Anielską buzię i kiedy ona postrzega jego męską facjatę.

Ona - Myślę, że tak, myślę, że chciałam porozmawiać.

On - Wydobyć z własnego malutkiego ciałka cały zestaw odczuć, które albo ranią albo cieszą.

Ona - I jedno i drugie. To tak dziwnie zabrzmiało, ale jestem troszkę zagubiona, nie wiem, po której znaleźć się stronie. Jakbym miała do wyboru wszystkie drogi świata, ale każda z nich przewiduje jakby ten sam obraz, którego już nie pragnę. Te wszystkie schematyczne protekcje zaczynają mnie nudzić.

On - I chcesz abym ci pomógł?

Ona - Nie wiem czy powinnam cię o coś takiego prosić. Nie znamy się. Być może to nie jest problem, bo przecież za kilka niekrótkich chwil opuszczę cię, ty już nie ujrzysz mojej osoby, w zapomnieniu za kilka chwil zniknie nasze wspomnienie, więc jesteśmy na jakiejś granicy, która pozwala mi utrzymać swobodny tok rozmowy. Gdybyśmy się znali, gdybyś był nawet moim przyjacielem zapewne nasza rozmowa wyglądałaby inaczej, bałabym się jakby tej odpowiedzialności, myślałabym o tym, w jaki sposób przyjmiesz moje trudne słowa, czy ich ciężar, optymalny balast, wzrost i więcej jeszcze, jeżeli można to ująć, myślę, że nie mogłabym ci tego ofiarować. A tak z troszkę egoistycznych pobudek czuję się bezpiecznie, bo twoje przyjęcie tego wszystkiego jest jakby dla mnie nie zagrożone. Powtórzę się. Po prostu chciałam z kimś porozmawiać nie oczekując nawet tej nutki sentymentu, tej nutki moralizowania, kiedy ktoś mówi ci, w jaki sposób powinnaś się zachować, jak musisz reagować uczestnicząc w danej sytuacji.

On - Narażasz mnie. Chciałbym abyś wiedziała, że opinię swoją wyrażę.

Ona - Ów ta jeszcze myśl mnie powstrzymuje. Ten aspekt nieznajomości.

On - Czy jestem godzien?

Ona - Właśnie.

On - Sądzę, że sprostam tej dziwnej okoliczności, aczkolwiek już właściwie nic mnie nie zdziwi, nic nie ukształtuje mnie w sposób odległy od tej postawy, jaką utrzymuję w chwili obecnej, nie wywinę się żadnej machinie, która mnie zarazem oskarży jak i przewinie w strony bardziej niedostępne mojemu cywilizacyjnemu ja. A więc jeśli chcesz możesz zaczynać, wytoczyć całą łamiącą cię prawdę, tajemnicę szczególnie chronioną przez twoją jednostkę.

Ona - Nie chcę cię urazić.

On - To chyba nie tak będzie wyglądało. Tak jak sama stwierdziłaś, jesteś bezpieczna, za kilka chwil zniknę z twojego życia, być może jakaś cząstka wspomnienia pozostanie w tobie, cząstka mojej osoby, ale nie bój się, nie zamartwiaj, nawet, jeżeli moja reakcja w dalszym momencie całej tej historii doskoczy do zdenerwowania etc., ja tobie o tym wspomnę, będę szczery do bólu, ale słowa moje, co jedynie do ciebie mogą trafić, w sposób odpowiedni zmobilizować lub też naprowadzić do tej krainy gdzie umysł twój uspokoi lepiej wyartykułowaną postać o boskim usposobieniu i poniesie cię do tej krainy odpowiedzi i rozświetlonych idei, wśród których znajdzie się zdanie mówiące o cząstce twojego istnienia. Gadaj.

Ona - Zaczynam. Podładowane baterie, paląca się lampka gdzieś na mojej myśli, wszystkie naelektryzowane fale pnące ku celowi, zdania formułowane i słówka najważniejsze pną ku zewnętrznemu światu, aby móc cię wynagrodzić, obdarować, ofiarować cząstkę siebie, tego własnego ja, mojego zintegrowanego ja.
Wspomniałam o tym połączeniu, dlatego, że staram się odnaleźć to miejsce gdzie wszystko jest poukładane, w szczególności, kiedy jako młoda osoba jestem jeszcze daleko do tej całkowitej integracji, to jednak sądzę, że jestem warta wcześniejszego doświadczenia owej istoty, owego olśnienia, choć w biblii te wszystkie stany odkupienia zapisane są w innej formie, ale tamte postacie doznają integracji w momencie pewnej kary, po przejściu określonego w odpowiedniej formie cierpienia, kiedy śmierć jest nawet jakimś wyszczególnionym etapem ku tej całej instytucji, jaką tworzy ta łączność pomiędzy moją zewnętrzną strukturą a całym zbiorem wewnętrznych doznań. Chciałabym odnaleźć się w tym wszystkim bez tych wszystkich podstawowych pytań, chcę znać odpowiedzi, chcę wiedzieć, dlaczego, wiedzieć, czemu, jak to wszystko może istnieć w tym całym kłamstwie.

On - To, że przerywam ci, właściwie dochodzisz do jakiegoś etapu swojej wypowiedzi, ale ja nie wiem wciąż, o co ci chodzi. Jakby się zbliżasz, jakby do czegoś dążysz, ale tak właściwie to ja czuję, że coś cię powstrzymuje, że jakby boisz się dojść do sedna sprawy, ale wypluwasz z siebie tonaż informacji lekko zbędnych mojej osobie. Stwierdzę, że zaraz ów wycieczka się skończy, że zaraz nasze spotkanie zamieni się w pewien etap zakończonych formułek w stylu: Miło było cię spotkać i fajnie się z tobą rozmawiało. Nie ważne są owe stwierdzenia wydobyte przez ciebie z innych źródeł, być może to dla ciebie jest łatwiejsze miejsce do zdobywania w sobie owej ekspresji, ale ów moment wyczekiwania zbliża się do kulminacji dłuższą drogę pokonując.
Więc zacznę tak. Najważniejsza jest historia oparta tylko według prawdziwych jej zapisów dogłębnie nie wcielając się w postać publicysty, felietonisty, eseisty czy tam inne i różniste wyrazy i komplementy i na tym koniec. Wal śmiało o tym, co chcesz powiedzieć.

Ona: A więc zaczynam.

I tu powinien nastąpić koniec, albo ponowny początek uzmysławiający nam proces formowania się konkretnych odczuć w naszych postaciach, gdy serduszko cię zaboli i gdy on swoją dłoń ułoży na twojej piersi, wszystko potoczone drogą spokojnej ekstazy bez żadnych informacji mających na celu przedstawić nam scenę z gorsza urzeczywistnioną, chodzi mi przede wszystkim o ową intymność, o ową lekkość wypowiedzi, lekkość owego zachowania, kiedy stajemy się bardziej kompetentni w stosunku do naszych sformułowań, do naszych wykonywanych czynności ujętych w nie kłamliwej grzeczności, a więc kiedy czujesz tą dłoń na miękkim swym płótnie i kiedy ból serduszka przemienia się w pewien rozkwit wyciszonych ingerencji tak nam potrzebnych i kiedy spoglądasz mu w oczy dostrzegając jego strach, brak pewnego przeświadczenia w stosunku do wykonywanych oczywistych odruchów życiowych i bardziej korpulentnych wydarzeń, gdy jego główka nie posiada elementu odpowiedzi, i kiedy mówisz mu aby nie bał się, i kiedy ty czujesz, że ów strach uciekł z twojej głowy, przed tobą dziewczyna której obecność sprawia ci traumatyczne spostrzeżenie i kiedy jego dłoń na twojej piersi oddala się by móc cię pochwycić za policzek, by móc ująć ten zestaw słodkich brzoskwiń, spojrzeć w oczka zielona tej niebiańskiej istoty i ją zaskoczyć, w momencie gdy on wgłębia się w twoje wnętrze, czując jego dotyk ust, czując miękkie doznanie jakie otrzymujesz od niej.
Właściwie nie wiem, na czym polega cała ta historia wyniosła z przedstawień różnorakich, ale wciąż piszę i jakby wciąż odczuwam to samo uczucie, wciąż to samo. Piszę.

Ona - Zaczynam raz jeszcze. Mroczna historia, piedestał osiągnięty na samym dnie, opowieść logiczna, lecz w intencjach jak najbardziej rozproszona w stercie wszystkich prawdziwych faktów a więc coś o mnie, o moim życiu, rozumieniu oraz powściągliwość czasami pojawiająca się w moich zebranych etykietkach dostrzeżonych na uroczym miejscu, które maluje się tylko w twoim marzeniu, a kiedy marzenie to staje się dla ciebie rzeczywistym wierszem, rozumiesz, że chyba nie o to w tym wszystkim chodzi. Mam osiemnaście lat, byłam uczennicą, już nią nie jestem, byłam finalistką wielu olimpiad przeznaczonych dla tych ludzików dostrzegających w swym „ja” więcej czegoś, czego inni nie potrafią postrzec, zwycięzcą ogólnopolskiego konkursu na najlepszego humanistę, że niby dużo wiedziałam o życiu Tetmajera i tych innych mistrzów, co w nich zapatrzone są te gniewne i starcze twarze.

On - On nie zmarł na syfilis? Nie jestem w stanie powiedzieć nic konkretnego, więc tylko pytam.

Ona - Dlatego on miał talent.

On - Ja też mam talent. Przez całe życie kopią cię po tyłku a sto lat po śmierci mówią mi, że jestem dyskutowany na łamach dziennika telewizyjnego. Norwid chyba nie tego chciał.

Ona - Kontynuuję.

On - Proszę.

Koniec
Skończyło się serduszko dla tej historii.
Ps: Tak naprawdę miałem go zabić, ona miała opowiedzieć historię swojego życia, ale gdzieś umknęło mi to wszystko, niby siadam nad tym, czytam, zastanawiam się i mydlę sobie mózg. To oczywista beznadzieja, ale mnie gryzie to w podbródek i mam do tego osobisty stosunek (bez żadnych podtekstów).
Miłego życia.

(Ja, kiedy usta ku tym ustom chylę,
Nie samych zmysłów szukam upojenia,
Ja chcę, by myśl ma omdlała na chwilę,
Chcę czuć najwyższą rozkosz - zapomnienia...)

Przerwa-Tetmajer