była sobie taka fajna glizda która wpełzła mi do ucha
parszywa wślizgnęła się dalej
założyła tam kokon
po kilku miesiącach narodził się motyl
nic nie czułem
koniec
pewnego ranka gdy się zbudziłem ujrzałem malutkiego kolorowego motylka
otworzyłem okno
słońce mocno grzało było wręcz kolorowo
ów motyl wyleciał w świat najgłębszy pooddychać mocno
koniec
od jakiegoś czasu czułem się dziwnie
jakbym miał skrzydła
uniesiony swoimi dziełami sztuki spoglądałem gdzieś daleko
w miłości również dobrze mi było
cisza
spokój
i jej pierś naga co mnie wieczorami zachwycała
jakby mnie z kokonu wyjęli szczypcami metalowymi
i pozwolili odlecieć
czułem się jak ten motyl co narodzony spojrzał w kierunku ciepłego tego słońca
koniec