Dusza spłoszyła się położyła na drewnianej kozetce i miękka odrzekła
Już nie chcę Już nienawidzę Umieram powoli by odżyć na chwilę
By na chwilę spojrzeć w przepastne słońce i w ukochany księżyc
By na chwilę poczuć smak cieknącej po skórze lemoniady po ból
Po ból co na zawsze maszeruje w pamięci co budzi szkarłaty krwi
niechęci Po ból niejednostajny po trawiące się kości łamane myślą
Oddechem skrzypiące wartości po schedy pustek co usta wydzierają
By na chwilę zamilknąć w ciszy się nie dusząc lekko odpoczywając
Jak wargi owe co przykuwają się do mnie te obce z innego serca
i...
Z żył wylewa się krew czysta skażona oparzona przez pyszałki
słów
Przez to że czasami nie wiedząc co powiedzieć krzyczę warstwami...
raniąc zabijając niszcząc efekty nad życia nad wiary w nad boga
Dusza powstała i powróciła do klatki mojej piersiowej przez usta
Zakrztuszając całe moje ciało
Kończąc