Najdotkliwiej nie mogę
Stoję na dwóch nogach lecz bardziej mi upadkiem grozi
Na twardej powierzchni bez wcięć i wgłębień talii bez życia we
mnie
Wiatr mną hula targając za najlepszą koszulę z bawełny
A w środku krwawy introwertyk bez krzty...
Wiary
Przede wszystkim nie potrafię
Po co mi te wszystkie refleksje ciągające mnie na różne nurty
Na postronne informacje co w wewnątrz zyskują marudzenie
i brak taktu
Serce gnuśne
Właściwie co mam napisać nic we mnie nie powoduje zmarszczek
Nie starzeję się nawet tkwiąc w miejscu na szczudłach kościstych
Na kawałkach myśli co tylko nerwem pobudzają moje mięśnie
I ci mądrze wyuczeni
Tak jestem zazdrosny
Po prostu nie umiem
Łatwo jest założyć tą koszulę z bawełny lekko jest wyglądać
Na talerzu strawy z bez myśleń łyżeczką połykać szkatułki
Gromadząc wszystkie wiedze prowadzące mnie w ten punkt
I tak też stoję z niewiedzą w ciele z chaosem wybuchających eksplozji
Co ze sobą zrobić
Gdzie zamoczyć język
Koniec