Pokalałem się naleśnikom stołowym przypalonym na wietrznie wilgotnym słońcu
(sojowym)
Nie byłem głodny
Pozbieram sobie bursztyny co z piaskowej burzy huraganów dziecinnych
zaśmieciły mi
podwórko piaskownicę ale Pani z zielono kopytnym uśmiechem odważyła
się odepchnąć cholerne dziecko
-mnie- grubego starszego pana o umyśle dziesięciolatka ale "ona"
była zwykła w okularach tęczowych przesłaniających czarno białych cieni
środowiska
skupiała się na ogniskach włosów studząc je wodą z konewki którą
miała ukrytą pod pachą
(konewka pachowa)
Zapłakałem gdy tata uczył mnie łamigłówki z filmów Scoli Ettora (błędy
z funkcjonowania)
Gdy miałem trzy lata czepiałem się parnasa choć w rozumieniu
służyły mi paski dupy
Czerwono krwiste zamieniały się kolorami z dnia na dzień w przejrzyste
(i bóle głowy)
(zmierzch bogów vischonti)
(analfabeta funkcjonalny realny co w zaparte nie je naleśników z dżemem śmietankowym)
Jestem przerywnikiem czasu akcji
Na zasadzie zasypiania wciskam sobie pauzę istnienia bez uszlachetnień
fabuły i zębów
Ich biel jest zasadna w ciemności
Na zasadzie reagowania wciskania ust w usta pieniąca się ślina
wilgotni nieogoloną brodę
"Włos muszkatołowy porysowany czteroostrzennym plikiem zmył reakcję
na usta w ustach"
Jestem bez motywem bez zarysem zdań
Po twarzy od matki dostałem ostatni raz (maminsynek ucieka ze świata)
(i gubi trzewiczki które odnajduje słynna lukrecja borgia bez
okularna)
kamień na dłoniach odsłania bez dotykanie w czułości
A naleśniki leżą na stole i schną z gorączek upływających minut
Zgubiłem się nawet po drodze choć kroków zrobiłem trzy czwarte
(nie cały krok)
I czekam
Aż zasnę
I obudzę się w obrazach kadrów gdzie poniekąd będę po części bez widoku
twarzy
I języka (oszronionego) co z najgorsza w czarno białym cieniu
środowiska się znajdę
Tęczowe obiektywy nie wychwytują atrakcji
Koniec