"O CZYM TO TO NIE WIEM"

kłopot

kompot

wyliczanka

opowiedziana bajka której koniec nigdy nie uzyskał owego zrodzenia
maślana naklejka na ścianie gdzie nasze podniebienia próbowały jednorazowego smaku

w windzie do nieba gdy będąc na piętrze trzydziestym wciskasz liczbę cztery po czym ponownie wspinasz się do góry
gdy będąc na górze wchodzisz do tej boskiej w stwierdzeniu windzie i naciskasz liczbę trzy
i tak ciągle
do momentu

do momentu gdy twoje stopy poczują ciepło nagiego środka naszej ziemi nie będąc w piekle lecz jakby w innym niebie gdy chmury smak posiadają różowy nabrzmiałe tęgie głowy w milczeniu nie mówią zbyt wiele i piękne uśmiechy których postrzec nie możesz bo w krwi się pławisz bijąc nikomu nie potrzebny rekord świata po czym się cieszysz szczerzysz kły wyjmując je na wierzch a wszyscy drapieżcy w popłochu uciekają jak najdalej do nieba bram do nieba innego bardziej powściągliwego niejednolitego w wołomińskim przepychu sprzedawane okna do ścian pustych pasujące przebijasz je zmyśleniem w ten sposób powstaje bajka
to tylko bajka
słaba i nijaka bajka

żegnam

miewam

lub się gubię

na prostej drodze

ów drogę odnajduję

w miejscu gdzie labirynt osiągnął swój szczegół

barman

chcę się napić

pamiętam że nalewał do pełnej szklanki cała ciecz na blat tego stołu wylewała się powoli
lekko zbyt małym tempem przemieszczała się po podłodze uciekając po szorstkiej powierzchni marmuru śliskiego do miejsc najmniej mi wyznaczonych
zostawiłem to
nic mnie to nie obchodziło

napiłem się z pustej szklanki
smak powietrza przewiercił się do mojego żołądka przez zamknięte lewe nagie płuco
owe płuco później otwarte przez mniejszość skalpelem i ułożone w puszce od piwa słonego
w formalinie niewygodnej
w karminowej medycynie
pełne znaki interpelacji owej

suche rany dopiero co napoczęte
cięcie nożem plastikowym wcale nie ostrym
i ból mój wykrzyczany choć tak naprawdę nic nie powiedziałem
w oczach żadnego wyrazu choć wszyscy byli wystraszeni
w uśmiechu wymalowani mówili że się bali po czym w tańcu owym o tym zapomnieli

o mnie
tak po prostu
zapomnieli

banany
leżały na brudnej ulicy
niebieskie spadły z nieba
wilgotne gdyż niebo owe było pochmurne zaś słońce nas oślepiało i ryk zbliżającej się burzy wszystko w tym dziwnym dźwięku śpiew czerwonego kanarka

niczego się nie boję

bo ów dlaczego

skarbonka

mamonka

ognisko ze spalonych żelaznych monet wygiętych przez zimno w cieple Kelvina

jest mi słodko

żar buchający do ziemi

i gwiazdy na które patrzę

wykopałem czterometrowy dół by je zobaczyć
małym listkiem delikatnym ciągnąc po ziemi w krótkiej sekundzie gdy ziemia się pode mną rozstąpiła
zgniła
jabłonka
jej owoce jeszcze świeże parzone na oddechu nieświeżym
usta otwarte
w deszczu napojone ciecz do jamy mej nosowej przetaczała się w logice
skrępowana miłość
najmocniej sobie oddana

koniec

bodziec

wyliczanka

skakanka na której zwichnąłem nogę
leżała na ziemi ja tylko się potknąłem
wylądowałem na miękkiej piersi mej to ukochanej
obok kości wyciągniętej z lewego uda o którą zahaczyłem
po czym zwichnąłem sobie nogę w momencie zdenerwowania szlifowania pewnej formy by tylko otrzymać malutką rentę po czym zatonąć w pierścieniach niebytu
otwartego odbytu
to chore

nie tego pragnę
nie chcę tego

nie muszę
nie wołam

trwoga
błoga
niemoc
czysta i jasna noc

koniec