Rzeki zasępione więdną nieba dyskretnie
Słońca tak bolące smutku szkliwa pełne
Pojmuję wzrokiem zbyt chcę za wiele
Z ust sucha ślina w wietrze drzewa drą się
Kotły gęste miną parafina wnet rozgrzana
Dłonie wyblakłe mąką wygięte ich ciała
Mówisz o miłości lecz nie bardzo potrafię
W uszach plastik miły w piersi serce żelazne
Pokój wywietrzały lampy już zgaszone
Uśpione łóżko i szafki wnet odwodnione
Tulę ciebie mocno iść jednak bardzo muszę
Oknem liście idą drzewa martwią zbyt się
Oddech rozpuszczony krtań jej w słowie
Włosy wymieszane nektary wyposzczone
Wiem że nie muszę mocno proszę cię
Telewizor napalony orgazm nadto mdły
Kartki nie spisane pióra płaczem ślą
Płyty w ciszy brane w tle obrazy śnią
Pozwól mi odejść jak najdalej by w tle
Okulary martwe w brzuchu ostrze złe
Krew się łuszczy skóra rozleniwia się
Łakomy oddech powietrze twarde precz
Chciałem tylko odejść więc zabiłaś mnie
W czerni głowy kształty akwareli pełne
Wokół blaski mniej anonimowy śmiech
To...
Śmierć...
Opuścić ją tak mocno chcę
Stęchłe żyły na wierzchu prąd złych moich myśli
Wyrwane wszystkie twarde mięśnie oczy wytarte
Świat rzekomy co runął śmierć na życia odwyku
I obraz...
Krzyku
Warstwy błędnych naczyń nerki dwie wątroba
Płaty mózgu podzielone język przepalona głowa
Zęby wbite w pierścień bogom się nie kłaniam
Wszystko co we śnie tym naprawdę się składa
A więc widzę...
Śmierć tą
A więc widzę...
Jej głowę ogoloną
A więc widzę...
...
By na koniec...
Przeżyć