Gdyby wszystkich introwertyków przymknąć w pomieszczeniu otwartym
nie każdy by chciał wyjść na światło dzienne
Pewnie swobodnie tulilibyśmy się do siebie markotnie wspominając
i zaginając własne srogie kieszenie by nie utracić
Jednak tak naprawdę tego nie wiem
By nie utracić głuszy i dowolności...
Swojej własnej niepodzielnej nędzy
Chowając wszystkie chore i pokraczne dzieci czynimy siebie bogami
oczekując ewolucji serc tych tylko niepotrzebnych
Malutki chłopiec na zimnym podwórku w tulącym go wietrze patrzy
niewinnie bez myśli bodaj zakrztuszając się
Gdyby wszystkie tła były do siebie podobne w pierwszej godzinie swojego
życia utraciłbym istnienie ludzkie
Choćbym był najbardziej niewinny najbardziej nagi wysmakowany
samą czystością nie zdam się na egzystencję
Szybciej pewnie umrę
Jak myślisz...zapytam
Też naprawdę tego nie wiesz
Zgarbiony dziadek nadkształcił sznurówkę przez co tracił czas własny
na przyśpieszone głupstwa
Może gdyby tego nie uczynił inne głupstwa poczyniłyby mu straty
czasu bardziej trwalsze
w tuziny
Albo tamta pani co tarmosi się z własną torebką
Może zawartość polistyrenu dysponuje gardzielą
By na wszelki moment móc zapasowym tlenem się poduczyć
Na drewnianej jestem to ławce
Przez palce przecieka mi azocik
A w ustach tylko cierpkie głosy
Ochy
Achy wstecznie wyprostowane wcześniej się wzorowały na szorstkich
swych przyjaciółkach
Echy
I jeszcze uchy
Których posiadam nadmiar
Wiesz może czy...zapytam
Spotkał mnie jednak jej umyślny zagłuszony w proporcji dotyk
W potylicę
W krtań
Czas
Koniec