"PO PROSTU WIERSZ"

Podeszła do mnie, kierując na moje to też czółko, anielsko niepewne, oto te słówka:
- Gęsty jesteś.
Odrzekłem mniej poirytowany sądząc, że wszystko to, co usłyszałem nie zdziwiło mnie zanadto:
- Lubię być gęsty i nie traktuję twoich słów jako ot tak wypowiedzianą cząstkę myślową.
- Owe słowa właściwie nie miały cię ranić. Po prostu jesteś gęsty, tak dziwacznie skrojony, lekko rozdrobniony, kiedy po prostu na ciebie patrzę, na ową twoją strukturę zewnętrznie molekularną, takie właśnie słowa kierują się na mój nie mniej sympatyczny ryjek.
- Ryjek?
- Tak. Dobrze słyszałeś. Wiesz, kiedy moje usta tworzą owy zasób interwencyjnych słów, zarówno moje zęby jak i moje usta, owe czerwienne wargi układają się w dziwacznym geście, mniej skomplikowanym, śmiesznym bardziej.
- Mina tak zwanego malucha.
- Czysta twarz, poczciwa tylko, zwykłe to słowa, co ciągną się szybko.
- Nie jestem wytrawnym poetą i słowem raczyć nie umiem, ale bardzo mi się podoba, bardzo tego łaknę, tych słów, co nie pospolite, co nie dzisiejsze, teraźniejsze, ów słowa mnie dotykają, gdy coś w sobie posiadają, a twoje słowa są piękne.
- Powinny być piękne. Pragnęłam tego. Pragnę wciąż.
- A ja się boję. Boję się tego, że nie potrafię, że nie dam rady, smutkiem się zadowalam, ale rany te powoli nużą, w ciemnościach i w zawiłych nad interpretacjach gubię się niemniej wciąż poszukując, niemniej wciąż w tym tkwiąc, że w przyszłej i bliskiej chwili coś odnajdę, ten moment, to stwierdzenie, tę myśl, czy choćby...
- Nie mów. Rozumiem. Kształt twych brwi informuje mnie o tym, co w tobie jest, w tym wnętrzu. Ból, mniejsze rany czy okazjonalne uśmiechy...
- Czasami zdarza mi się uśmiechnąć, ale nie każdy chce to zrozumieć.
- Kiedy powiedziałam, że jesteś gęsty zależało mi przede wszystkim na tym byś poczuł się lepiej, rozsądniej. Wiem, że szukasz i że w chwili obecnej trudno jest to odnaleźć, ale kiedyś się zdarzy, wydarzy, będziesz bardziej zewnętrzny, bardziej uradowany...
- Jestem zmęczony...
- Chwila by odpocząć, choćby ta krótka, zawsze znajdzie w tobie przyjaciela, każda sekunda przebyta w serdecznym tempie, powolnym, gdzie granice tylko utrzymane są twoim wzrokiem, nie dochodzisz do nich, nie męczysz się, powoli przygotowujesz, by móc być gdzieś głębiej...
- Chyba już nie tego pragnę...
Spojrzałem na ziemię tą czarną, bardziej wyrozumiały dla moich flegmatycznych umiejętności bycia z kimś, bycia blisko, bycia...Ona tam stała, kilka centymetrów od mojego spojrzenia, ale trudno mi było, bardzo trudno...Bałem się jej oczu, bałem się jej słów...Tak mocno się bałem, słowa pisząc w oddali słysząc swój własny płacz, introwertyczne melodie, parafrazy przeciętności, wydaje mi się, i tylko mi się wydaje, tak bardzo tego pragnę i od tego uciekam a w oddali śmiech...Ten mój własny śmiech, mój śmiech, stan, co jedynie niekorzystny dla mnie, stan banalny.
Czym jest ten gest, gdy dłoń uniesiona dotyka cudzych łez i ten zapach pobudzający do najbardziej frustrujących wniosków, ów łzy z oczu tych spływają, powoli łamiąc moją skórę wewnątrz zamieniając w wodną parę, w lód. Chłód, który powoli odczuwam nie jest dla mnie przyjemny, choć do niego się przyzwyczaiłem, albo owe ciepło, standardowe, schematyczne, powtarzalne, łatwe...
A może to namiętność, co jest mi przyjacielem w cietrzewiach grające kiszki, bijące serca, w komorach pół krwiste naczynia, niby jestem głodny, ale źle mnie nie interpretujcie, tak bardzo potrzebuję tej namiętności...A więc jej dotyk. Sekunda. Nic więcej. Tak wiele.
- Lubię smak twych łez.
- Może, dlatego tak często płaczę?
- Jak ułożenie moich ust, wilgotne załamania dotykające twoich rzęs...
- Nie mów już nic. Tak bardzo tego pragnę i dobrze o tym wiesz, to jak słowa w głowie twojej się tworzące, tak bardzo nierzeczywiste i mniej skomplikowane, ale własne, to tak jak twoje spojrzenie, realnie wyszczególniające się w momencie naszej tu obecności. Jesteśmy razem. To tak bardzo jest ważne.
- Chwilka wrażliwości.
- Czasami się boję, że ów chwilka wrażliwości powoli mnie zabija, niewielu stara się to zrozumieć, niewielu skłania się do tej refleksji...
- Słynne katharsis...
- Moje ulubione słowo.
- Lubię dotykać twoich ust. Są tak bardzo ciepłe, delikatne, mniej porysowane szkodzącym słowem...
- Nie lubię mówić.
- Przyzwyczaiłam się. Lubię też twój spokój, twoje słowa, te schowane za tobą.
- Tylko ty mnie rozumiesz.
- Nawet się nie staram, po prostu odczuwam. Jestem przy tobie, przy twoim ramieniu, czuję się tak kobieco, tak dziecinnie, tak dziewczęco. Smak twojego potu, mniej słony, mniej gorzki, poranny o smaku lekkiej bryzy.
- Lubię, gdy tak mówisz, ale boję się tych słów. Nie wiem czy jestem tym, który zasługuje. Oczywiście powiesz mi, pozwól, że wyprzedzę twoje słówka, powiesz mi, że to prawda, że taki jestem naprawdę. Spójrz na mnie. Stoję tak tu przed tobą. Płaczę. To znaczy nie są to łzy smutku czy innych odchyleń osobiście nie opisanych, ale przy tobie czuję się...Tak łatwiej. Nic mnie nie boli, ów słowa nie są trudnością, oddech spokojny, a bicie mojego serca...
Pochyliła się, piersi mej dotykając swoim uszkiem, narząd słuchu, zmysł, coś jeszcze.
- Słyszę.
- Przy tobie jest mi łatwiej. Mój duch nigdzie nie ucieka, nie potykam się na prostej drodze, moje spracowane dłonie bardziej delikatne, moje myśli mniej chore.
Spojrzała ponownie w moją stronę, ponownie uciekam, a więc ciągle się boję. Ona o tym wie. Nie za wiele. Nie oszukuję jej. Zna moje miłości i wszelkie złości. Aczkolwiek nie należę do tych, co się złoszczą. Ot taki ze mnie bohater. Filmu o mnie nie nakręcą. Nie chcę tego. Nie potrzebuję. Ona przy moim boku. W oddali, w pół kroku, jestem ja. Ciągle się boję.
- Uśmiechnij się. Tak miło cię proszę. Nie jestem naiwna. Wiem, że się boisz.
- Boję się, że cię utracę. Nic więcej. Boję się, że coś złego poczynię. Nie mniej. Boję się kolejnego dnia. Wtedy, kiedy u mego boku nie spostrzegę osoby twojej. Obudzę się sam i ze smutku będę...Wiesz. Łzy. Ich też się boję. Nie za dużo tego. Wszystkiego się boję. Nawet ciebie. Twojej utraty, tu obecności twojej. Mojej straty, mojej tu bytności. Boję się samotności...
- Muszę ci przerwać. Otwórz swoje oczy. Wysłuchaj mnie.
- Pragnę cię słuchać.
- Gęstość twoja jest twoim znakiem szczególnym. W twym środku jest tego wiele. Zbyt wiele...
- Więc co mam zrobić?
- Posłuchaj. Twoje myśli pałętające się w twojej głowie często mnie zaskakują, twoje pomysły dotyczące owej teraźniejszości, kiedy łamiesz przestrzeń spojrzeniem, kiedy jesteś tu przy mnie i kiedy się cieszysz, w momencie smutku czy niepewności, w strachu mniej cię budującym, w boleściach cię składających na piedestały mniej poznanych. Chcę ci powiedzieć, że tu jestem, że nie odejdę, że cię kocham, że twoje rany są mi tak bardzo bliskie, że twoje uśmiechy są moimi uśmiechami, że mniej rezolutni nazwą cię wariatem, a dla mnie jesteś tym mi potrzebnym wewnątrz uformowanym grubaskiem, otyłym we wszystkie spostrzeżenia, we wszystkie potrzeby. Jestem twoją koniecznością, twoim marzeniem...
By móc tak na nią spojrzeć, by móc się nie bać, by móc szaleć po tych wszystkich uniwersalnych światach, tych własnych, tych drugich, tych własnych, z tobą...Słucham.
- I bardzo cię kocham.
- Ja też cię kocham.
Spojrzałem.
Nie bałem się...
Powstał kolejny wiersz.
Powiedziała, że mnie kocha.
Spojrzałem na to, co wokół.
Na świat ten, co jakże imienny.
Kolejny już mniej irytujący seans.
Budujący spektakl, pod koniec awantury, bójki, łamane teatralne krzesła.
Uciekający mim, który bez słowa połamał innych ludzkie serca jednym gestem, gdy wskazał.
Szał, uśmiech na pobocznych myślach, włączone awaryjne, ktoś krzyknął, że wniebowzięty jest.
Z prawej stał Bug, ten mniej znany, z inną literką w środku, ktoś był pewien, że to prawda, ale dla mnie to był koniec.
Opuścić wzrokiem te wszystkie modlitwy, móc widzieć nieba czy spoglądać na płonącą scenę, grupa aktorów śpiewa cytując akcję tu obecnej historii.

Chór
Piętrzymy się na szczytach wszystkich gór świata
Postrzegamy wszystkie doliny oczyma zmęczeni
Pragniemy pozbyć się nieba lecz dojść tam chcemy
Gubimy się przy zakrętach idąc nie tam gdzie trzeba

Narrator
W historii tej banalny jest zmierzch wyrysowany na morskim świcie
Ona mniej podzielona wprost ku światu idzie mniej ciekawa zdrowa

Chór
Kochamy tylko obrazy i własne wyobrażenia
W odbiciach lustrzanych widząc kawał chleba
Głodni dłonie wyciągamy by móc chęć skończyć
Łaknieniem oślepieni potykamy się i spadamy w przepaść
W dół powoli mknąc nie postrzegając podążamy do piekła
Nasze dłonie coraz mocniej wyciągając by móc dotknąć nieba

Narrator
W poezji tej potoczysty jest zwrot w arcyważnej chwale
Ona własnym życiem się kryła radosna pokochała mnie

Transcendentalne obrazy, kolejne zgorzknienia, permanentne żale i ja w oddali stojący, w tle grzyb atomowy, ale pewnie się mylę, podmuch wiatru, który ciepłem otula nasze ciała, ona przy mnie, patrzę.

Podeszła do mnie, kierując na moje to też czółko, anielsko niepewne, oto te słówka:
- Gęsty jesteś.
Odrzekłem mniej poirytowany sądząc, że wszystko to, co usłyszałem nie zdziwiło mnie zanadto:
- Lubię być gęsty i nie traktuję twoich słów jako ot tak wypowiedzianą cząstkę myślową.

Dotknąłem jej ust.
Tu nastąpił koniec.
Bardzo ważny koniec.
Uśmiechnęła się, nie bałem się tego pocałunku, gdzieś ów ból i strach zaginęły, jak przyjacielskie służki poszły własną drogą, a ja czuję jej smak, nie po raz pierwszy, ale po raz pierwszy tak mocno pokochałem ów pocałunek. Koniec.

Spojrzała na mnie. Spojrzałem na nią.
- Lubię, gdy całujesz.
- Staram się najmocniej...To znaczy, staram się delikatnie dotknąć twoich warg, w momencie eksplozji, to znaczy w momencie ekstazy...Przepraszam...
- Zdenerwowany?
- Nie.
Tu wzrok odwróciłem. Troszkę w bitwie zaciętej zagubiłem się. Nie wiedziałem, co powiedzieć, to znaczy było mi dobrze, to znaczy starałem się mocno zareagować, uchwycić ten moment najtęższym odczuciem, ów odczucie jej podarować, w tym bezbolesnym odczycie, wokół narowiste rumaki łamiące fasady próżności, inna surrealistyczna postać biegnie by się przedstawić, to znaczy ten świat, co wokół lekko mną potrąca, to znaczy...
Spojrzałem na nią raz jeszcze. Spytała raz jeszcze.
- Zdenerwowany? Powiedz. Proszę.
- Nie.
Spojrzałem na nią głębiej by móc dotknąć jej myśli, by mnie usłyszała. Spojrzałem na nią serdecznie, by ów słowa, które wymówię przyjęła w sposób prosty i lekki, w sposób przyjemny. Niespokojne dreszcze. W tle zburzone fundamenty, jakby wszystko to wokół traciło na swym śnie, na marzeniu, na prawdziwości. Odrzekłem opuszczając to, co wokół, co nie własne, jej oczy ciągle tak samo piękne i ryjek wygięty realnie. Rzekłem.
- Zakochany.


Koniec.