Nienawidzę porównywanej miłości
Schedy po wspomnieniach z rozmienionych mielizn
Tam gdzie nogom trudno jest podejść gdzie język się ścieli na zgrzanej patelni
Nienawidzę jak wciska się w fotel przytomne osoby
By nogi im zawieruszyć w postojowym tonie z melanżem w kadencji
Tak patrzysz na mnie Tak mnie częstujesz cukierkiem w garści
że zostać pragnę
Nigdzie nie uciec
Nienawidzę jak przestawiają się słońca
Z poranku z wschodu na wieczór w zachód truchleje też dłoń raz
twarda raz miękka
Potężny spokój z nadgarstka stopy przewija się dreszczem przez
łupież w wyjątek
Tak intymnie porusza się mrowienie
Tak synchronicznie po antarktydzie ciała
Przez przepastne wnęki i stacjonarne blendy
Dotykasz miejsca gdzie skóra jeszcze biała
Nienawidzę wchodzić na górę nienawidzę automatycznych dźwigni
Nie lubię jak pieśń jest bezwonna nie wchodzi przez uszy do wnętrzności
Na stałej pozycji mi podobni z dala lekko poplecieni i nadmiernie
silni
W tyło głowach uszczelki przepuszczające dźwięki po środku krągłości
wynikające z nędzy...
miłości
Nienawidzę wstydu a nawet radości
Częstotliwości śmiechu pozostałości wspomnień
Kotary się zasłaniającej przenikliwego tlenu nie lubię jak wtedy
połykasz żerdzie
Mam dosyć namiastek i pierwiastków części
Mam potrzebę bycia
W przytulonym słońcu...
Koniec