Nie łatwo jest się przebudzić
Co chwilę tonie okręt nie posiadający sił na stalowe szkwały
Przewrócony pada na fale które bardziej łamią kadłub A on opada
na dno
Poniekąd koniec się tam zaczyna (w plus -ósemka pozioma-) (i tak
dalej)
Spotykając Boga uśmieszkiem ranię sobie wargi zasłaniając dłonią
gest
On nie często się obraża bardziej jest nie istniejący podróżujący
w głowie
Po zakamarkach pętli ludzkości
Może ta iskra w jego oku to światłość z dusz opuchniętych
Boli mnie pierś choć Bóg nie obraził się za uśmiech i nie bił
Bolała jednak ściskała się w przedsionkach...
Co chwila przestroga miażdży komuś świat
Spada z góry dźwignięta z tornada złości i niegrzecznie łamie kark
Pozbywa myśli choć przeznaczeniem jest liczba kroków w błękitne
nieba w szare piekła
W genezy mrocznych sylab w litery w gamy gniewne ciągnie
Nie łatwo jest się przebudzić
Co chwilę mam istotny brak pokuty odczytując nuty z pianowego passusu
Taki wyimek melodii w przedmóźdźu kołyszący wspomnieniem mgieł
i frezji
Zapach tych kwiatów podjudza wyrywam włosy z wewnętrznej strony
dłoni
Strofując postać podobną mi bardzo do topiącego się miasta
Do śmierci
Donikąd
Nie łatwo wstać ze snu
Opatulił miękkim kożuchem i za bardzo nie chce wyrzucić z siebie
To dobrze ciężar tej nocy wydobędzie we mnie karnawały załamków
Tam i wżdy zatopię kły w nim nie dopuszczając do genezy struktur
Łaknąc obrazów koszmarnych jaw w po drugiej stronie słońca
Nie łatwo się przebudzić
Niechcąco poniekąd potrzeby są wspólną linią nas łączącą to tak
jak z miłością
Co chwila tylko słowa jej są przeznaczane wygięte w pikanterii
Branie w cudzysłów Ludzi drapiąc pod pachą Tuż nad językiem
Rzygam miłością
Przypadkowo z odruchem zaczepnym nie puszczając owej szali
Jest mi dobrze drapiąc po języku wstrzymałaś mnie na chwilę
W przestoju głośnych założeń w oddechach pełnych chloru
Zakrztusiłem się Tobą i woda prenatalna co krąży pierwiastki
Przypomniałem sobie początek
Zabarwienia skóry o poranku
Czy dźwięk pisków z chwil
Miłość nie budzi mnie ze snu
Co bardziej jej nie mogę
(w ciszy) nie pragnę
W oddali język odbił się z lustrzanej precjozy a stygnący garb poderwał mnie z niżu
(pobudka)