Od zawsze nie dbałem o wygląd mych paznokci
Poobdzierane tak potraktowane bielikami szczęk
Nie wyglądały na zadbane i nie streszczały mnie
Może w tym wszystkim nie oto chodzi a ja słucham
I przełykam ślinę
By nie zapomnieć o pragnieniu
Właściwie jestem samotny w tym pokoju gdzie kilka ścian wciska mnie
w malutki ten świat osierocony wbrew
Kilka zapachów w nozdrzach opisuje mi życie które już nie streszcza
mi się w oczach niedowidzę jakby
Kilka belek tworzących sześciany ubrania miękkie trwałe w nieczystości
lśnią brudem w zakamarkach a ja...
Spoglądam za okno i ślinię usta wilgotne
Język wypchnięty spienił się bezwstydnie
Podpatrywał zewnątrz tłumiąc sobie pstre
Miękki wiatr utulił przez chwilkę ów stwór
Który szybko uciekł bo zimny dreszcz przemknął przez mięsień ten
I przełykam ślinę
Raz jeszcze by nie zapomnieć o głodzie
Za oknem widzę młodą kobietę tylko przez chwilkę ubrana w jasną czerwień
rzucała się na boki strzegąc swe ciało w pozycji nośnej
Kilka fantazji mi się skojarzyło nic doniosłego kilka tylko stworzeń
co w refleksji wyciągnęły mnie na przekór innym jednostajnym fascynacjom
W pustych wnętrzach streszczam sobie historie te które są we
wspomnieniach i te jutrzejsze traktowane wyobraźni okruszkiem przerzedzonym
I lśnię
Śnię w zawrotnym tempie postrzegając usychające kwiaty kilka bzów
i wierzba łamiąca się u podnóża
Opadło kilka liści a z oczu umknęła przysłowiowa wykorzystywana
do cna czerwień co wywoływała emocje
Te stłumione i te jednostkowe te odnośne jak i te spostrzegawcze
w chaszcze podziały się permanentne myśli
I przełykam ślinę
Raz jeszcze by nie dostrzec przydrożnych prostytutek
Bo z dobrym mi tylko się kojarzą i tak zgaszę światło
I przełykam ślinę
Żeby jeszcze pożyć tak na chwilkę postrzegając zauważając w smaku
w zapachu w dotyku
Przełykam ślinę
Nic więcej przecież
Nozdrza pozbywają się skórek które suche opadają na ziemię białą lekko styropianową niezbyt nowoczesną właściwie trywialną mam jeszcze nagie stopy i paznokcie banalnie przycięte nigdy właściwie nie poświęcałem temu zbytniej uwagi co jedynie skalpelem...
Bluzka nadmiernie obcisła prezentuje moje mętne mięśnie
Zmęczone palce pukają o zasmucone uda czyniąc dźwięk
I usta ciągle nawilżane moim językiem podtlenek wdycham
Przełykam ślinę
Ciasno mi w świecie
Porozrzucane graty po kilku kątach nie przeszkadzają mi właściwie
jestem nie poruszony tylko patrzę
Kilka zwierciadeł ukazuje moje ciała w lustrzanych ściankach
w szklanych i w porcelanie tylko patrzę
Oddech ryzykowny bardziej sprawia mi ból męczę się pot odchodzi
od wyczerpanego oka tylko patrzę
I przełykam ślinę
I połykam powietrze
I chłonę światłem
I zaciskam się w krtani
Jestem samotny markotnie męczę się z obowiązkami a cisza mnie nurtuje
W obowiązkach nie ugościsz ciszy
Jestem samotny dręczę się swobodnie z kompetencją a ciemność
mi przyjacielem
W kompetencji nie ugościsz przyjaciół
Jestem samotny
Nie mam przyjaciół
I przełykam ślinę
Włosy mam porozrzucane każdy w inną stronę poza tym łupież
Czasami roztrząsam mnogie jednostki i spoglądam na śnieżki te
Zabawy z własnym ciałem pokutują w amnezjach smutnym znów
Przełykam ślinę
Treszczę się
W szybkich słowach o sobie potrafię mówić czas nawet nie przemknie
gdy dowiesz się wszystkiego o mnie
Czerwona sukienka wyrwała się z ludzkiego jej ciała i poszybowała
w powietrzu a ja przy oknie będąc dojrzałem ją
Nieliczne imaginacje zastanowiły mnie na temat tamtej kobiety
co naga na środku tego jest świata a ja otworzyłem drzwi
Krzyknąłem choć nie często mi się to zdarza bo ból nie do zniesienia
powoduje we mnie częste niechcenia krzyknąłem jednak
Podbiegła
Weszła do środka
Oddałem jej kilka swych ostatnich koszul i sukienek
Podziękowała
Odeszła
Przełknąłem ślinę
Patrzyłem przez okno wytrzeszczając gomółki gorące jeszcze
Szyby nieczyste zniekształcały widziane mi obrazki wsteczne
Co powolne odznaczały mi się na umyślnej trwodze spoglądam tylko
I przełykam ślinę
Koniec