Nie zakochując się w sobie gotowy jestem do wyjścia
Przeczesując włosy w obie strony wstrzymuję powietrze
I palce wyginam przy trzaskających stawach stereo dobija w monolit
I uszy zakrzywiają się z podniosłości
Lecz tak naprawdę uciekam
Wyginam ciało na wszelkie sposoby by czuć się dogłębnie skrojonym
Stopy zleżałe gotowe są do intensywnej aktywności i oczy
Do patrzenia gotowe
W inne oczy
Przedrzeźniam się z sumieniem uciekam przed cieniem co od zawsze
przy mnie
Przytrzymuje w miejscu za zachodem słońca w archiwaliach świata
w niepamięci
Wzbrania przed pośpiesznym odczuwaniem przed śmiechem z kresów
Wzbrania przed ubraniem twarzy w arcyważne elementy
W gesty
W miny nie targowe najprawdziwsze z wrzecion skóry i zmarszczek
linii
W policzki wydumane w przed ciało skropione bryzy naparstkiem
pieprznego morza
Uszy zasłyszane w chciane kwestie w miłosierdzie leguminy kwartę
W ciepło serdeczne w piersi nie wybucha zmartwienie nie strzela
cierpienie
Jestem
Od tak dawna Jestem
Oto ja
Nie podkochując się w swojej stylowej postaci obłożyłem ciało
szmatami by wyróżniać się
Z tłumu uciekając od standardowej oglądalności patrząc jak na
zboczeńca
Na gwałciciela
Myślą że i tak niedaleko zajdę
Spróbuję
Brzuch wyprę do przodu i językiem szukać będę odcinka mety
Nogi szarmancko wywlekać będę palcami stóp w beton uderzając
Ucieknę
Potrę w butelkę wina by móc wysnuć marzenie w niebo spojrzę
na gwiazdę spadającą
Potruję myśli usprawiedliwieniem dążeniem do zadowolenia z właściwości
z siebie
Przekłuję głowę refleksją by podążyła sztywnym responsem w takt
osobowości
I zwiędnę
Po czym się narodzę roztrwonię woli materię wyprę się piersiowych
inwazji zła
Tych min obrośniętych w pędy powietrza półtłuste krople pełne
próżni światła
Bez czasu bez miłości
Kręcić mną będą komendy wydawane jękiem własnej odpowiedzialności
Zaświecę się w parnasie jasnego księżyca i odczuję niezależne
powściągliwości
Udzielne wady i zalety bez matematyczne bez humanisty co stosownie
pisze
Ubiorę się w szal i przekroczę świat
Świat bez woli
Koniec