"TO TY TO JA"

...można być oczywiście smutnym ale to chyba niepotrzebna idea.
...albo inaczej oglądać swoje lustrzane odbicie, za każdym razem z dumą spostrzec siebie samego, siebie samą.
...albo iluzoryczny fragment chwilowego życia, to znaczy zauważasz niektóre rzeczy w sposób mniej ciebie satysfakcjonujący, po prostu jesteś słaba i nie potrafisz, jesteś słaby i powoli tracisz.
...usta których smaku wspomnieniem już tylko próbujesz.
...oczy, których pragniesz być świadkiem, w szkarłacie okiełznane, niby cudze, ale jakże bliskie.
...sny, w których ktoś się pojawia, ten ktoś bardzo ci ważny.
...czy słowa, których potrzebujesz, które wymawiane przez tą drugą osobę sprawiają ci wiele owej nieodzownej radości.
...uśmiechy i uciechy, ekstrawagancje i poważne minki, obrazki kolorowe mieniące się...choćby szkarłatem, jak wcześniej wspomniałem i równie pięknie jest gdy słońce owo zamieszkało w moim sercu, twoja dusza rozkojarzona mniej ckliwa ciągnie się za szeregi postawnych naturszczyków, ja lekko się martwię, ale jakby nie życiem, tylko tym, że nie boli mnie, choć od zawsze bolało...to właśnie życie.
...kilka pierścieni na moich dłoniach, dłonie spracowane kłują mnie w pierwszą wybraną myśl, kolejne nerwy zaciekawione drążą moją osobowość, aczkolwiek coraz mniej we mnie tego co było wczoraj, może się zmieniam, może tracę na własnej tendencyjności, bo to, co nowe, mniej mną trąci, zaś reszta ciała wciąż w innym tkwi punkcie, wciąż drąży i zatacza kręgi, ponad wszystkie ziemskie padoły wzlatuje na wyżyny nieosiągalne ludzkim okiem, nieosiągalne najskrytszą reakcją mojej dłoni, pieszczotą, gdy w marzeniu odnosisz się do podniebień niebiańskiej wiary, bo wciąż moje ciało szuka...miłości.
...kłopoty ze sobą zaczynają się nie w momencie pełnego kontaktu z bliską ci osobą, gdy oba ciała trwonią resztki własnej przynależności, gdy myśli ich boją się tego, co będzie jutro, pogrążeni w owej miłości, zastanawiamy się czy tak naprawdę potrafimy kochać, jej wzrok jakby bezwładny, jakby moja ukochana nie potrafiła spojrzeć prosto w moje oczy, na usta, które w ruchu kolejnych przemówień bardziej mienią się zmęczeniem, ona jest mi obca, coraz bardziej, gdzieś niknie, jakby za mgłą, im jestem jej bliżej, tym bardziej postrzec jej nie mogę, im więcej słów tworzę, tym bardziej ją tracę, a przecież pragnę być z nią, proszę, wzmagam się całym ciałem, koncentrując na jej życiowych fragmentach, na wspomnieniach, bo przecież było nam tak dobrze, lecz coś umknęło.
...to była ona, już jej nie było, krzyczałem, starałem się bardziej przenikać przez owe pustynie naszej tu przynależności, starałem się więcej od siebie dać, szukać, pytać, by w ostateczności spojrzeć w stronę Boga i poprosić go.
...by wreszcie dał mi spokój.
...kłopoty zaczynają się wtedy, kiedy istniejemy bez owej miłości, ciągle myśląc, ciągle wspominając, im więcej pytań, tym mniej odpowiedzi, w samotności pogrążeni gryziemy się w nasze gardziele, smakując wszystkich bólów, oczekiwań, wszystkich naszych poczynań, im więcej energetycznych ciał, tym więcej strasznej pustki, tym więcej responsów potwierdzających nas w niczym, a więc brniemy, czarnymi ulicami, pod jasnymi latarniami ujawniamy nasze sekretne sylwetki, czasami ratujemy się kolejnymi ofiarami, by w ich piersiach nozdrza własne uwięzić, ciągle sami, ciągle nie zbawieni, osamotnieni pragniemy, osamotnieni bardziej się maczamy, w odmętach opuszczonych zakamarków gdzie łzy nasze naszym stają się upojeniem, opuścić się staramy nasze cele, w boleściach niby zatopieni myślimy w stopniu najwyższym o śmierci tej namacalnej, by w resztkach naszej tu bytności myśleć o tym, jak pozbyliśmy się owej miłości, czym przyczyniliśmy się, że ów odczucie, że ów uczucie, odepchnęło nas, ale jakby owej odpowiedzi nie ma, wciąż szukamy, w krwi umoczeni, skąpani w zapachach, których potrzebujemy, nie pragniemy, moje oczy świat ten widzą rozbudzony, pocieszony, gdy w radości są wszyscy, a tylko nie ja...bom ja zagubiony.
...martwię się, nic więcej, opuściłaś moje półnagie serca, w mych głowach zastąpiłaś słowa, we wspomnieniach stałaś się każdym wydarzeniem, zmarszczyłem tylko mniej jednolicie owe brwi, myślałem, o tobie, senne moje odbicie, w rzeczywistości jestem tu tylko sam, ale kiedy postrzegam w zwierciadle twoją nagość przy nagości mojej nie bronię się przed tym, choć zdaję sobie sprawę, że to wieczność, że wieczność minie zanim to się stanie...powrócisz na mniej prawdziwe amen.
...jestem wesołą osóbką, ale bardziej mi żal, gdy same słowa te istnieją za granicą naszych czasów, naszych światów, tych twarzy innych, którymi nie gardzę, i również nic więcej, owe słowa odczytać muszę, duszę się, nie bronię, nie tworzę rzekomych konfliktów pomiędzy mną i prawdziwą tu rzeczywistością, ich twarze są mi tylko obce, co jedynie marzę, tworzę, przyjmując do serca mniej wzniosłe, rosnę w siłę, z każdą minutą, gdy wskazówki zegara pokonują tą przestrzeń powoli i nieokiełznanie, przy bramie tej, tego świata, przy aniołach będących w tłumie, przy podobnych ich twarzach, stoję tak samotna z kartką papieru zapisaną słowy, szukam...czegoś więcej.
...te same światła ulicznych latarni, te same drogi po których moje stopy pokonywały te światy, ale jakby dalej dojść nie mogłam, starałam się, modliłam, prosiłam podobne mi dusze, by wsparły każdą moją rzetelną myśl, by moje poczynania nie stały się ubogie, by ponownie nie umknęły przed moją tu będącą postacią...płaczę.
...szukając kawałka tej potrzebnej mi duszy, po kawałku odnajduję w sobie niemoc postąpienia według wcześniej wytyczonych mi przyjacielskich przyszłości...bez owej przyszłości gdy kości bardziej łamliwe, łzy szkliwem umorusane, pękają za każdym razem, gdy wilgoć na ziemi tej spocznie, słyszę te trzaski, które ból większy sprawiają i owoce morza, których tak mocno łaknę.
...jestem wesołą osóbką, moje wargi ułożone w tak dziwnym grymasie, powodują, że jest mi dobrze, że jestem szczęśliwa...sztucznie szczęśliwa, chybotliwa, wręcz niestabilna, i choć coraz mocniej odczuwam, coraz mocniej kocham, w pustce tej odnajduję zamknięte moje potrzeby, lecz ciągle jest ich mało, i jakby bez nich nie potrafię poczuć się silna, choć od tak dawna bardzo się staram, codziennie umieram, w światłach lamp samochodowych, w odgłosach pustych rozmów nic nie wnoszących, w stukocie budzika, w warkocie silnika, w pitej kawie, w uśmiechach mi nie przyjaznych, jedynie miłych, tylko miłych, codziennie w tym wszystkim będąc umieram, w pocałunkach wymarzonych, sekretach dostrzeżonych, wewnętrznych obudzeń, w snach opowiedzianych, umieram i co jedynie każdej tej nocy, w zamkniętych oczach, gdzie sztywne obrazy, wcześniej czarno białe, nabierają kolorów do tej pory mi nieznanych, nocy tej każdej przy opadających skrzydłach aniołów tych zgnuśniałych, w ich łzach, w gestach ust ukrwionych, w oczach postrzegających, gdy ciało moje nagie obmyte zostaje od bezpośrednich przytyków owej codzienności, nocy tej każdej ożywam.
...zawsze na początku pozostają te trzy kropki, to jakby znak o czymś mnie informujący, broniłam się przed tym w momentach kolejnych upustów, tanich drgań struny mojej otwartego gardła, by powrócić do początku.
...najpierw była prawdziwa utopia, za szyby tej świat był bardziej mroczny, łzy pokrewnych mi dusz bardziej nabrały słodkiego smaku raniąc krzemową tą krainę, a więc jestem w domu, mój szklany dom cały we łzach, moje nagie stopy wilgotne od niknącego tu cienia, mojego cienia, wokół ludzkości pustka, pozostawiona sama własnej tu obecności, owej samotności, choć kiedyś kochałam, lecz nic z tego nie wyszło, powoli przybywały poronienia tamtego dzisiejszego i o nocnej porze wyruszyłam na poszukiwanie...utraconego.
...norweski podmuch wiatru.
...opuszczone fiordy.
...sześćsetmetrowa ambona na Lysefjord, właściwie pusta, żadnej żywej czy też martwej duszy, nie widzę słów co w powietrzu zostawiają ten szczególny znak, smak moich ust bardziej aneksjonistyczny, mocniejszy, choć wcześniej starałam się uniknąć tych mi niepożądanych odczuć, a więc jestem sama.
...nie dziwi mnie to.
...przywykłam.
...odgłos tamtych półszeptów.
...to tu zginęli.
...oboje, trzymali się za dłonie i pragnęli bardzo...siebie.
...jej wzrok spoczął na jego twarzy męskiej, trzydniowy zarost, uśmiech nic nie mówiący, prawie martwy, pewnie zakochani, nieludzka miłość, jakże jej pragnę, ona młoda i delikatna, miała w swym życiu bardzo wiele, tak wiele odczuwała, kochała, marzeń wiele inicjujących jej samotność, która wyszła na początek i jakby nią zawładnęła, nie chciała więcej, lecz ktoś powiedział, że tak nie można, i tak też uczyniła, od tego wszystkiego uciekła, z dala od tych miejsc, gdzie jej mówiono co czynić ma. On wystraszony pewnie, wrażliwy i trochę zamknięty w sobie, jego słowa takie małe, zanim wypowiedział coś więcej, szukając oczami męczył się nad tym by wypowiedzieć coś konkretnego, zastanawiał się, nie chciał szafować tym, co jeszcze mu pozostało, a ów resztki słów, które miał jeszcze w sobie poświęcić chciał swojej miłości, a więc kochał, kamiennie kochał, jakże ja tego pragnę.
...spojrzałam w dół, wystraszona starałam sobie wyobrazić ostatni ich czyn, ostatni krok, lot ku wieczności, chciałabym usłyszeć te słowa, wielokrotnie do nich powracać i nimi się szczycić, że w posiadaniu jestem, ale to nie moje pół zdanka, nie moje uzewnętrznione wschody i zachody, może kiedyś pokocham i swych wspomnień się dorobię, chociaż kiedyś kochałam, ale to chyba nie była miłość, może co jedynie oszalałam, malutka choroba, przeziębienie, ale wyzdrowiałam, z tej też miłości.
...szkwał biały, widzę z daleka jak silny wiatr przewraca rozebrane i stare swym życiem kutry, upadłe brygantyny, młode szkunery, stare kajety co w historiach posiadały ogromne annały, w marzeniu chciałabym je poznać, chciałabym przeczytać, pofolgować ze słowem historycznie prawdziwym, bo przecież tylko historia pozostała nam, ta naprawdę prawdziwa, jedyna realna, zagubiłam się we własnym spojrzeniu, czekałam na punkt ostateczny, na myśl końcową, powoli miałam dość, powoli umierałam, lecz owe poczynania mojego umysłu nie były dla mnie zaskoczeniem, od zawsze umieram, co minutę się uśmiecham, co sekundę cierpieniem omdlewam, i jakby czekam, na kulminację mojej niepotrzebnej istoty, gdy zamknę oczy, czekam, fale bijące o skały, jestem w gruncie rzeczy nad przepaścią, opieram się jedynie o metalową kapilarę, która ma mnie chronić, w oddali strażnik, który mnie nie postrzega, uśpiony znużeniem, milczy nie postrzegając mej zbędnej istoty, tego ostatecznego meritum mego koegzystowania, w dali, w zapomnieniu, schowany, nie widzi mnie, właściwie jak wszyscy, nie postrzega mnie, przyzwyczaiłam się, stoję tu samotna w płaszczu czarnym opatulona rękoma własnymi by choćby na chwilkę przerwać temu uczuciu przepływających dreszczy, właściwie jest mi zimno, lodowate powietrze odbiera mi resztki mojej dobroci i chęci, czując to, że zbliża się koniec pragnę coś uczynić, jednak nic nie czynię, odejść stąd nie chcę, nie mogę zaprzestać, nie potrafię, co jedynie...
...czekam.
...czekam.
...czekam.
...ciągle to samo, ale ciągle mało, żadnych pozytywnych postaw, żadnych słusznych życzeń, nadziei chociaż biernych w swej posłudze, tamte marzenia są dziwne, nie ranią, nie żywią, głodna odczuć i uczuć...
...czekam.
...czekam.
...czekam.
...wiem, że mam tylko jedno imię, żadnych innych znaczeń, żadnych innych dolegliwości, oprócz bólu serca i zmęczonej twarzy, jej tu nie ma, obok mnie jej nie ma, strasznie pragnę zrozumieć, uchwycić w swej głowie wszystkie własne słowa i od nowa postrzec swoje błędy, postrzec moją postawę, którą się przyczyniłem, że ona mnie opuściła, kapelusz opada z głowy, silny wiatr odpycha moją strudzoną postać, ale nie poddaję się, już nigdy się nie poddam, chociaż smutna moja myśl, bo ukochanej tu nie ma, to jednak wiem, że nigdy się nie poddam.
...kochałem, bardzo, jeszcze jej twarz pojawia się w mych myślach, jeszcze czuję jej dotyk panieński, czuły uśmiech subtelnie w policzek mnie kłujący, uwielbiałem ten lekki dreszczyk, choć w sercu zbyt wiele nie posiadałem, prawdopodobnie nie zdawałem sobie sprawy z tego, co w moich dłoniach się kryło, w tym cieple drugiej postaci, w oddechu mi bliskiej, a więc właśnie, straciłem ją na własne życzenie, nie potrafiąc pocałunkiem rozbudzić jej umierającego serca czy również pobudzić jej niknącej myśli, jakże ja ją kochałem.
...miała na imię, uwielbiam to imię, miała swój specyficzny zapach, w myślach wielokrotnie do niego powracałem, często powracam, szczególny rodzaj oprawy dyskretnie obejmującej moją opieszałość, zawsze w samotnej chwili chciałem przy niej być, pocałunkiem, dotykiem, namiętnością, spojrzeniem, rozmową, ale ów rozmowa ustała, bez słów, gładkich dłoni, zmieniła się interpretacja naszej rzeczywistości, pewnie znudziliśmy się sobą, pewnie uciekaliśmy, ale żadne z nas pierwszego kroku nie chciało, by w pewnym momencie to się stało...

To ty.

To ja.

Koniec.