Mleko sypkie w żyłach mych twardych
Pociski z miniatury dotykają mojej matni
Żylaki na ustach i krew co bluzga dziś
Na twarzy odznaki wbijane za nic prawie
Flaki w zupie rozkładem się marnują
Białe ssaki z kwasorytu kształtem mdłym
Pełzną w moją stronę powoli tracę sen
Na palcach i w paznokciach wydartych szum
Tak bardzo boli
Żwawiej krwawię
Tak mocno boli
Częściej umieram
Mózgi zahaczone na pobliskim placu nędzy
Myśli bałamutne w smutnym już oklasku miernym
Małe defibrylacje wystukane w ramach manifestu
Wyrywane powoli włosy jeden po drugim z wrzasku
Do mgnienia gdy ofiara w swym poklasku nie zaśnie
Paznokcie porozrzucane po ziemi w kielichu kompoty
Na talerzach mięsne giry obżeranie tych nie w strachu
Serce markotne płonie zgnilizny zapach w dali łzy oka
Wydartego na bok gdzie chłopięcy kruk wyżera co moje
Tak bardzo boli
Tężej się łamię
Tak mocno boli
Umieram ponownie
Kolejne płucka na piasku tym czerstwym schną w porywach wiatru
Malutkie uszka wyrwane ciężkim okrzykiem grzmiące melodie
Urwane salwy śmiechu przypływy melancholii zabrakło mi czasu
Kanały wypróżnione krwią sypiące gdy prozy postać i usta jej
otwarte
Łaknie tego licznego bo mdłą tajemnicą stanie się śmierć symboliczna
W postoju taksówek klaksony nie milkną dławią się swym pomrukiem
W oddali schizofreniczna potrzeba postać złakniona krew cudzą
wydziera
W stężeniu poematów pastwiących się nad oryginałem wcześniaki
kartki drą
Na pobliskim tym placu męczą się cudzym kosztem zabijają piśmienniczą
tą dłoń
Tak bardzo boli
Każda mokra skroń
Tak mocno boli
Lżej się zachowuje
Pulchny policzek wydarty ostrzem
I serce młode w krwi krzepko mieszane
Dłonie bez skórne w stawach się rypią
Pobieżne melodie dryfują nie życiem
Na palcu tym jednym co wigor się jawi
Słowo otwarte wzrusza się łatwiej i pióro
Modne w staroci historiach poczyna lament
W ostatnim słowie co temat już uległy piszę...
Tak bardzo boli
Częściej jakby krwawię
Tak mocno boli
W presji nieme amen
Koniec.