wróg publiczny numer siedem
zwierzę które uciekło z klatki wybrało się na zakupy
odebrało minutki wolniejsze jakby w czasie
westchnienie zakupionego przedmiotu
pieniądz uderzający o lady drewniany blat
zerwana cerata
i wróg numer dziesięć
wróg publiczny numer giętki zapisany na kartce
na szyi zwisająca obroża i sznur zaczepiony o kant lewego buta
wisząc do góry nogami niebo przybliża mi się jakbym stąpał po
chmurach
wzgórzach w zielonych kalesonach po linie mocnej przeciętej nożycami
walki na pograniczach zbudzone lata zimy cieplejsze opalone ciała
wyzyskiwany tłum płacenie podatku za powietrze za każdy krok
postawiony
za krzyk zgwałcony oddany mocz poczęty w odwadze czynnik zważony
grubas który nie może odnaleźć się w tym świecie odpoczywa po
czym niknie
za materiałem swojej zwiewnej koszulki mięśnie umoczone w cieście
zawarte pakty z nierealnym bogiem
bogiem publicznym numer sześćdziesiąt dziewięć
promień wysnuty z nieba kolejnego zawzięty tygrys bengalski najadł
się marchewką
po czym z miną niechętną przeskoczył przez fasady nieudolności
i wgryzł się w ciało nowo narodzonej matki
dziecię wypadło z wózka i pomieszało w głowach pełno cierpienia
kochania w elemencie masturbacji
cztery kolacyjne jadła obiad śniadanie
rosyjski pogląd o uznawalności wiersz
poemat
zagadka upośledzona zleciłem jej zrealizowanie politykowi który
poczuł się namiętnie
myślał że jest kimś aniołem nagim ubranym w ślepy rzekomy firmowy
garnitur
kutasy na wierzchu wybrały przednią ideologię
zamierzchłe czasy nadeszły wspomnienia wygórowane ceny za drogie
marzenia
fragmenty ludzkości wyprane z całkiem ładnej prawdy z sumienia
gdy słońce mieni się z telewizora wyrasta cena za którą żyć mi
pozwolono
kupiłem masło chodzę podniesione czoło wysoko wzrok zawarty w
elemencie skazy
daty wytarte szmatką gładką z kalendarza przedwcześnie wyrwane
kartki
manatki z okna mojego letniego koszula jedna w tanie zwisała
na mojej żonie
żonie publicznej numer osiemdziesiąty
wiadomości o tym jak kości rozpadają się pod naporem walcowatego pojazdu
wykreowany z gestem mniejszości przedstawiciel wysuszony jak
śliwka owoc kolorowy
wzorcowe natchnienia których nie muszę się wstydzić mówię o tym
w słowach zapisanych wcześniej na papierze toaletowym
informacje te jednak zaginęły szuka ich cały kraj one spuszczone
w toaletowej wodzie
nie wiedząc o tym marzyłem by nasze marzenia przegnały wszystkie
te skażenia myślałem że odnajdę prawdę wiercąc w brzuchu kolejne dziury
owe rany
nagły atak spawacza który pokrzyczał prąd się skończył nie mógł
pracować z wiaderkiem szukał energii by ponownie zacząć owe odnowy
ziemia rozkopana łaskotana tupotem czternastu stóp stąpających
po betonowej drodze
dwie glizdy które niedojadały pomniejszyły się o trzy cale ale
to nawet spowodowało
że wciąż nam było mało spojrzałem na twoje usta które zmieniły
swoje oblicze
spojrzałem na waginę palcem obmyłem naczynie po czym napełniłem
na nowo
w zdrowym dotyku z dzieckiem na kolanach wiedząc że już po krzyku
szukałem drogi miasta słów oparzonych ciekłym gównem przyjaciela
lokalnego
bohaterowie bliscy mojemu przeznaczeniu
oddelegowani do pracy społecznej zbierali liście w sosie jadali
bakalie na sucho
w lodowym cieście mocząc zmęczone swoje oczy których nikt spojrzenia
nie chciał
ból tęgiej głowy pustej w powietrzu smród spalonego paznokcia
zarazem lekarz specjalista do pracy gotowy uznał że nie umie
więc oszukał
otruł mieszkańca owej odnowy i powiedział że zbiera potrzebne
skóry na swój najmilszy w odczuciu kocyk
ciekły kran wstydził się swojej wady podnieśli cenę za prąd nasz
kraj odratowany
zemsta na początkujących wyznawcach owej ideologii że jesteśmy
skazanym narodem
wznoszę do góry ową modłę przed plastikowym różowym krzyżem widząc
zdjęcie
na nim balcerowicz z diademem na głowie z kroplą krwi na niebieskim
czole
z przekłutą dłutem lewą dłonią obszczany uśmiech śmierdzący w
przybliżeniu odbyt
mam dosyć
chrystus
pouczeni świadkowie
ich słowa nakierowane
wiercące się znaki
porno
hard egzystowanie
analizowanie
chowanie się
ściemnianie
kłamanie
koniec publiczny numer dwieście dziewięćdziesiąt osiem
koniec