Gniotę głowę w kawałkach chleba
Lecz niesmak odrzuca na myśl jedzenia siebie
Masłem szoruję po grzywie krótko uciętej strawionej wiatrem
Właściwie głowa miota mi się we wszystkie strony
Jak chorągiew braci ułanów lecz ich niedosyt
Poumierali
Na szyi konkretna główka
Wyzuta z ust cudzych podana na rękę
Lub jak plwocina stargana podeszwą buta by wbić w beton
Głowa
Co z nią mogę zrobić
Zatopić w dniu urodzin w pod pachę kobiecin ramion
Z solą w nerwach powodującą duszne przywiązanie
Za jeden oddech oddałbym życie
Bez niego i tak nie jestem
Spostrzegawczość mędrca To co powyższe i w poniżej
Tyję tylko od myśli co wkręcane ruszają się na pokazach określonych
periodyków
Od strzykających stawów począwszy po łamanie podtrzymujących
kończyn
Od głowy zaczynając w dół pokonując ciało
A wewnątrz trąb powietrznych brać
Ferajna
Zrywa mi świat co na choince ślicznie błyszczy jak w perpetum mobile
W nieskończoność gasząc mój przesyt
Głowa
W dłoniach Jej jest szczególna w smaku szczególnie uwielbiana
Gdy usta liże i ciągnie za nos a oczy przymrużone nie gardzą
(W melanż) Przyjmują
(Cichutko) Nie gasną
Koniec