Poruszam się po drodze stopy rysując kamieniami czasu
Opoką z bursztynu wyrwanego z najbliższego spiętrzenia piany
Obsuwające się skały co opadają mi ot tak skryję się pod parasolem
Taki z arcy kształtnej aureoli wyrwanej aniołowi co w zaparte (upijał trzewia)
Z antresoli uciekam żwawo by nie ująć się porysowanym wazonem
Co w cieniu osób trzecich porusza ich markowe głowy
Sypie się świat
Świetlice gasną na powietrzu gęstym
Łamią blask co w oczach staje się nienamiętnie mętny
Skruszony iluzorycznie transem beztłowym zapadam na zmierzch
W ustach smak alter ego kakaowy
Idę na przekór bez myśli głowy na wylot czuląc usta w stałej formie
Dotykam na chwilkę stóp by zerwać z nich postronki i martwych traw korzenie
Liżę wnętrza dłoni i wilgocią przecieram czoło rozognione słońcem
Przygryzam paznokcie i moknę od koszuli po skarpetki schnące
Deszcz meteorytów symuluje wrażenie postronności Boga
Schował się za skałą i spogląda na moje wielebnie oplute ciało
Bez uśmiechu już dawno mu odebrało radość i predyspozycję rżenia
Poruszam się po drodze
Skaleczony wazonem palec pokazuje znoje utartych śpiewaków
Co tylko głosem stymulują obecność tutaj (jestem piję cienie
bazylii)
Obecny (z dzienniczka udogodnień gdy pyta mama synka o kształt kanikułowy)
Otruty życiem piciem mieszanek powietrza i słów głosko trących
Grdyka ścierna pluje na zgliszcza ciał by choćby dym nie wbijał się w oczy
Przykryty łapą nie zwierzęco boską z palcami powtykanymi w odkurzacz
twarzy
I zgarbiony nos co nie może
Uciekam najdalej
Za zwieracze czasu co mija i się tworzy Założyć chcę ręce na hamak z dżdżownic
Koniec